Dom Bogdana jest drewniany, solidny,  ma zielone, wesołe okiennice i należy do niego dopiero od niedawna. Dziadek robił go z porządnego drewna z Puszczy Białowieskiej, z Masiewa, z boku napisał farbą datę oddania do użytku, którą teraz Bogdan, pochylając się odczytuje. 1948– mówi-bale wytrzymają spokojnie z pół wieku. I pokazując podmurówkę, nad którą zwisa belka- trochę się sypie, ale może nawet mnie przetrzyma.  Dom dostał po śmierci dziadków, jest w nim jeszcze zapach starych czasów, piec w kuchni, stare, tkane i wysłużone chodniki, zdjęcia. To dom, do którego trzeba przebyć długą drogę, jedzie się aż pod granicę, mozolnie pokonując zakręty i smutek pustoszejących chałup. Jest na samym końcu, z willowym sąsiedztwem po prawej stronie. Zwłaszcza tuż obok, bo sąsiad buduje nowy dom. Bogdan patrzy na tę wyrastającą budowlę z niepokojem, wyobrażając sobie jak to będzie – jego podwórko  jest jak łąka przy domu, aż po sam las, niekoszona, rosnąca w zgodzie z naturą, zdziczała, kryjąca dzikie koty i ptaki, owady a nawet myszy. Dom obok niego ma eleganckie fundamenty, tam za chwilę trawa dookoła będzie przycinana na centymetr, po miastowemu, a drogą obok chaty Bogdana sunąć zaczną eleganckie samochody wjeżdżające wprost do nowoczesnego garażu. I pewnie zaraz ktoś zza płotu zacznie szukać powodu jego zarośniętego podwórka, i powie, że brzydko, nienowocześnie i najważniejsze- nie kosi, bo nie chce, nie ma kosiarki i chęci.

Tymczasem Bogdan ma poważniejsze sprawy na głowie. Całą historię Kartek, o których zaraz opowie, jak tylko otworzy skrzypiące, jedne i drugie drzwi.  Na razie zatrzymuje go jedna kartka, od straży granicznej, zostawiona tuż przy dźwięczącym głucho dzwonku. 

 Nie można przejść od brzeziny aż po Kondratki–  czyta – to dziwne, bo nigdy wcześniej nie było problemu, żeby tam wejść, a teraz –o proszę, granica stopuje ludzi.

   Dom w środku jest zimny, mimo podwójnych okien, dubeltowych, które nie trzymają ciepła- podkreśla Bogdan, wskazując na równo ułożone w sieni drewno, jakby tłumaczył, że rozpala w piecu, tylko rzadko. Przyzwyczaił się, zahartowało go surowe wschodnie powietrze i samotność. Teraz jestem trochę zapuszczonym chłopakiem, ale wcześniej nie miałem problemu z kobietami, było ich sporo, nie żebym się chwalił, ale przecież byłem młody, inteligentny, elegancki. Moja przyjaciółka Handzia z tygodnika Niwa mówi, że moje niebieskie oczy ciągle działają. Ale to tylko komplementy, bo czasem nie golę się przez dwa trzy tygodnie, nawet kurtki potrafię nie zmieniać, bo już mi nie zależy. Czasy brylowania wśród ludzi przeszły i już mi się po prostu nie chce.

Pokój jest ciemny, rozjaśniają go tylko grzbiety jasnych książek i malutka lampka, stojąca na biurku, zawalonym papierami i najnowszymi książkami. Bogdan czyta i pisze. Chce robić to częściej, ale coś dziwnego nie pozwala mu usiąść przy biurku, wyrywa, powie o tym potem. Na razie ożywia go pytanie o to, jak to się zaczęło, ta przygoda z Kartkami.

Wszystko przez polonistkę, którą nazywali wiedźmą. Wymagająca, znana profesor z łomżyńskiego technikum przemysłu drzewnego, w którym spędzał końcówkę lat osiemdziesiątych, odkryła w nim talent i pomogła. Dostał jedną z nielicznych piątek na maturze i nie miał wyjścia- musiał iść, dopingowany jej wsparciem, na studia polonistyczne. Wcześniej też mu pomagała- pisał pierwsze teksty, za które dostawał nagrody w lokalnym domu kultury, a potem, już na profesjonalnych warsztatach, kiedy nad jeziorem czytał swoje wiersze- także brawa. Na studiach dalej pisał, także w studenckiej gazecie, wreszcie trafiły do niego pierwsze Kartki. Są przypięte do ściany nad łóżkiem jak stary, zżółknięty dokument, ważny i nieważny zarazem.

Te właściwe, już jego stoją zamknięte w szafce. Bogdan może ją otworzyć, ale robi to niechętnie, bo to całe jego życie, w którym tak dużo i głupio traci. A tego stracić nie może, nie chce, nie umie.

Pierwsze numery miały dwóch redaktorów: mnie i Romka Godlewskiego, Roman obecnie mieszka w Stanach– mówi Bogdan, tłumacząc, ze przed kartkami właściwymi było tez studenckie pisemko, wydawane w malutkim nakładzie, nieregularne i nieinteresujące. Robiła je ekipa obecnych działaczy politycznych, ale zostało tylko wspomnienie no i nazwa. Te właściwe, już jego- zaczęły się tuz przed przełomem, w 1990 roku. Romek dostarczał jakichś swoich autorów, nie zawsze to było dobre, kiedyś przyniósł aforyzmy tanzańskie, od studenta z Afryki, no dobra, puściłem, ale potem koledzy się śmieli. I zaprzestałem.  A potem Roman zniknął.

Chata przyjmuje jego słowa chętnie, nie odbija ich echem, więc wsiąkają w ściany, obwieszone zdjęciami Sokrata z papierosem, jakby trzymał karabin w ustach,  w kapy rozłożone na wysłużonym łóżku, na którym siadywali najwięksi. Tak, Kora też, uśmiecha się, Bogdan, zagotowując wodę w plastikowym czajniku, to słynny dom, pisze się tu na kartkach, na plecach, na ścianie.

Kora i Kamil Sipowicz byli w tej wsi na końcu świata. Przyjechali na zaproszenie festiwalu Świat na uboczu, i zupełnie nie chcieli mieszkać w Cristalu, tylko być bliżej prawdziwych ludzi. Fascynował ich świat prostoty, prymitywizmu, mieszkania z myszami i obok dzięciołów, z dala od chaosu i szumu, który tworzył ich codzienność. Pojechaliśmy do Sokrata, tam tak się rozgadali, że zasiedzieliśmy się do późnego wieczora (przy znakomitej jak zawsze palcówce) o filozofii i prawosławiu, wschodniej krwi i ptakach, winie i śmierci.  Podobno zrezygnowali nawet z wystawnej kolacji w Białymstoku, żeby nie opuszczać tej metafizycznej przestrzeni, jaka ściele się wzdłuż granicy.

 Jacek Podsiadło też tu był, napisał książkę „Cisówka-wiersze i opowiadania”. Sam mu ją wydawałem– dodaje Bogdan, zawstydzony, bo trzeba ustawić się do zdjęcia, a przecież jest nieogolony, nieświeży, wprost z Szymek, gdzie pod sklepem stał z kolegami. Starałem się na Świat na Uboczu zaprosić Olgę Tokarczuk, ale wyjechała na stypendium, nic nie wyszło.

   Bogdan pozuje, ustawia się na tle chmurnej postaci Mickiewicza, a w domu też ciemnieje. Za oknem powoli domyka się krótkie listopadowe popołudnie, tylko raz na jakiś czas ciszę podleśnej posesji przeszywa przejeżdżający samochód, czasem autobus szkolny. Mickiewicz, na grafice Andrzeja Strumiłły i Bogdan, w przyciasnej kurtce, oddychają tą samą materią słów, zresztą to ulubiony poeta, właśnie z takiego późnojesiennego czasu, metafizyczny i samotny, bliski. Ciekawe, czy to zdanie można byłoby włożyć tez w usta wieszcza, czy chętnie zasiadłby przy ciemnym, zawalonym niepotrzebnymi bibelotami biurku i przeczytał wiersze z Kartek?

Lubię go bardzo– rzuca Bogdan, w 200 lecie urodzin robiliśmy festiwal z Pograniczem i Biblioteką Uniwersytecką. To była jedna z najciekawszych imprez w Polsce, był Venclova, Łubieński i Czyżewski.  Ta grafika to wydrukowany plakat. Oryginał jest gdzieś w tej chacie. 

  Jurek ustawia ich obu do zdjęcia, Mickiewicz nieruchomo, Bogdan ciągle poprawia włosy lub bluzkę, a ja wchodzę w przestrzeń własnej biblioteki. Oto książka. Ma zaledwie szesnaście stron, wierszy niewiele, wszystkie przepisane na maszynie do pisania, zaczynające się od mody na trzy kropki, niedługie. Tomik poetycki leży, bo nie umie stać, jest miękki jak miniony czas, jego okładki zwiotczały. Faktura papieru stała się krucha, zżółkła, zaczyna przedzierać. Wiersze są w autorskim wyborze, to Roman Godlewski napisał i opublikował je w nakładzie dwustu egzemplarzy, a potem podpisał „Puls obnażonego lustra” na dzień przed egzaminem języka rosyjskiego. Trudno spamiętać, że to było w końcówce stycznia, ale jest data, 1987 rok i dopisek, że to w ramach Białostockiego Salonu Literackiego. Tak prezentowali się młodzi literaci białostocczyzny, z którymi chodziło się na studia. Wesoły Roman zniknął potem z życia, a jego tomik leży wśród moich książek, starzeje się dostojnie przygnieciony Emily Dickinson i Lorcą. Czy są to przyszłe pra-kartki, które namieszają w pulchniejącym życiu literackim w końcówce lat osiemdziesiątych? Przecież wszystko zaczynało się od trzydziestu egzemplarzy gazety, wydawanej właśnie w tamtym czasie, bo tylko tyle nie podlegało konieczności zaniesienia ich do cenzora. Korytarze uczelni przy Świerkowej, zanim studenci zdobyli dla siebie dom partii w  centrum miasta zapełniały chodzące chmury wierszy przyszłych polonistów, poezja unosiła się na ciasnych korytarzach, w piwnicznych zakamarkach, do których schodzili nieliczni, na szerszych półpiętrach wypełnionych ludźmi, pijących alkohol, dla niepoznaki w termosach. Wiersze powstawały na malowniczej drodze do szkoły, ciągnęła się wśród lasu z wiecznymi zboczeńcami, obnażali się przed młodymi dziewczynami, karmiąc ich przerażeniem, i to tez było poezjotwórcze, ten lęk, ta nieskrępowana, dzika odwaga ekshibicjonistów. Słowa najbardziej jednak fruwały w pobliskich akademikach, wypełnionych wolną miłością i wieczną zabawą, czasami leciały wraz ze spadającymi z okien telewizorami, płonącymi kartkami czy ludźmi, na szczęście z rzadka śmiertelnie. Kto wpadł na pomysł pisma? Legenda zatacza koło, odkleja się już od tych, którzy zaczynali tworzyć filianą Sekcję Twórczości Własnej, ale na szczęście są zżółknięte tomiki ze słynnego 1987 roku, takie jak wydana „Ontologia” z siedemnastoma wierszami Andrzeja Zawadzkiego. To były inne czasy– wspomni potem pierwszy naczelny gazety, Artur Jan Szczęsny- wydawaliśmy tomiki, pisząc, że jest to materiał pomocniczy do pracy Koła Polonistów, spotykali się przy herbacie z prądem, albo samym prądzie. Byliśmy młodzi, z gorącymi głowami, szarżowaliśmy, jak i ja przy wydaniu egzemplarza podwójnego, w całości wypełnionego moimi purnonsensowymi tekstami, potem poloniści mówili, że pozwalałem sobie na wiele. Także autorzy boczyli się na mnie, za wykorzystanie ich tekstów bez pytania o zgodę, sztywniacy.

 Artur wymieniony jest w tomiku Andrzeja jako pierwszy. Dedykacja brzmi: Bojownikom- Arturowi, Janowi, Jurkowi, Robertowi, a pod tymi imionami kryją się pierwsi mąciciele w kartkach-  Tyszkiewicz, Nachiło, Budel.  Andrzej wtedy studiował staropolską i romantyzm, kręcił się na jambach, zgłębiał jery,  przyglądał czarnym włosom demonicznej Marety Koszyckiej na teorii kultury, uczył się poetyki i logiki, szukając części wspólnych w obu przedmiotach, a w jego głowie wyświetlały się słowa „nie jestem już z gliny od której/ krew ciekła po walce Jestem/ z papieru głodu najprostszego/nikt nie poda w wątpliwość”. Ten tomik był jak światło dla nas, studiujących wtedy z nim na polonistyce, mimo, że teraz szyderczo brzmi cytat z „Pomarańczowego nieba” – „To tylko zamglone/ upiory o błyszczących oczach/bezszelestne oddychanie/przestraszonymi krokami/trzeba nauczyć się  otwierać/usta i każde słowo będzie/ jak bryła lodu i każde/słowo upadnie pod nogi”.

 Poezję rodzi młodość, a wszyscy mieli lekko dwadzieścia lat na karku. To zresztą był czas wielkiej zmiany także w Polsce, w młodych buzowała krew oderwania się od systemu, idoli, zwiędłego życia, a przede wszystkim nudy. Spotykali się i w prywatnych domach i w kultowych miejscach, w których można było stworzyć redakcję.  Najpierw stanowiła ją oaza wolności w czterech ścianach czyli niewielki mieszkanie Artura Jana Szczęsnego, a potem był  NOT. Od wejścia na prawo, długie i wąskie pomieszczenie z dwoma rzędami stolików. Siedziało się tam nad jednym kieliszkiem cały wieczór, nikt nie przeganiał, nikt nie uciszał, nikt nie był anonimowy. Może czasem tylko kelnerki łypały jednym okiem na salę, ale bardziej żeby sprawdzić kto przyszedł, w jakim stanie siedzi, kogo nie ma. Prym wiodła pani Celina. No i Bogdan, z teczką i redakcją w głowie, z pomysłem na pismo, niezależne, nieregularne, pismo zabawę i pismo pracę, wreszcie pismo dom, bo to w Kartkach mieszkał, i to drzwi do kartek szuka od lat, jakby wreszcie chciał dojść do łóżka w cieplejszym niż w Cisówka miejscu.

Ale każdy otwiera je inaczej i po swojemu. Bogdan nie może się tam już wcisnąć, mimo, że był wizjonerem i wariatem. Miał dar: umiał skupiać wokół siebie ludzi, nie ingerował, jeśli widział w tym sens. Wywiady mogły mieć i pół numeru długości, ale jeśli coś mu się nie podobało, potrafił powiedzieć, że coś jest do kitu-wspomina Piotr Brysacz, który trafił do gazety u jej schyłku- Świat na Uboczu był festiwalem w plenerze, patrz, ile lat temu, a to dopiero teraz jest moda na łączenie literatury z naturą. Bogdan dołączał do wydań książki, pokaż mi z tamtych czasów gazety, które to robiły? Miał intuicję, że pismo to za mało, że potrzebna jest do tego impreza, widowisko. I był cały czas człowiekiem Wschodu- wiedział to wszystko i nie umiał zrobić z tego biznesu.

Fenomen wywiadów Kartek to umiejętność słuchania, podstawa każdej dobrej rozmowy. Dyktafon ustawiony z boku, żeby nie przeszkadzał i cisza. Odpierdol się od człowieka– śmieje się Piotr- przestań go zarzucać swoimi mądrościami, daj mu mówić. Wyczekaj te wszystkie pauzy, a potem ten burdel, ten słowotok poukładaj, wejdź w głowę rozmówcy, dodaj swoje tak, żeby to przyjął. Dowiedz się, co stoi za mnóstwem równoważników i niedopowiedzeń, jaką prawdą chciał się z tobą podzielić.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

   Bogdan stoi na końcu świata, w zimnym, odziedziczonym po dziadkach domu z zielonymi okiennicami. Mówi o przyjacielu ze środka lasu, który szukał miejsca bardziej dzikiego niż Bieszczady i znalazł kolonię Cisówki. Ścieżka do niego prowadzi przez gęsty las, jest dziko, pewnie trzem córkom i żonie, z którymi mieszka, czasem dokucza cisza pobliskich bagien i ścieżek zwierząt, ale nie w tym rzecz. Rzecz jest w tej fali, jaka zalewa cię w ciszy, fali bezbrzeżnej samotności bez schronienia gdziekolwiek. Bogdan chowa się tu wśród książek i wspomnień, nie umie się ich pozbyć- bo marzy o powrocie do tego kartkowego schronu, czasów swojej młodości i szaleństwa, przyjaciół w piórze i flaszki, z czasów przedkomputerowych, najlepszych. Chociaż? Tak, czyści już życie. Przekazał część zbioru Bibliotece Uniwersyteckiej, to czasopisma, których sporo się uzbierało, bo wymieniali się nimi w czasach Kartek: Fa-art, Borussia, tego akurat tam nie mieli, a przecież to znak papierowego czasu pism literackich, jakich długo się już nie znajdzie. Żeby nie być jednak całkiem sam, zatrzymał Kulturę,  biała okładka pisma świeci w tym ciemnym już pokoju. Nie potrafi się z nimi rozstać. Z wysokiej półki zdejmuje ostatni numer, z wierszem Agnieszki Osieckiej, a zaraz potem pokazuje najnowszą książkę o miłości księcia redaktorów Jerzego Gedroycia do tej jednej z najlepszych poetek. Napisała to moja przyjaciółka Manuela Gretkowska, mówi Bogdan, a  ostatni numer Kultury zaczyna się od wiersza Agnieszki. Jak można ruszyć takie rzeczy? Stoją tu obok mnie, patrzę na nie czasem z pozycji biurka lub niskiego tapczanu. Są też Kartki, w szafce ma schowek i wszystkie egzemplarze, żeby nie zginęły.

Bogdan myśli analogowo i w tym linearnym porządku świata jest rozczulający i bezbronny. Dom służy mu za schron, zamknięcie czegoś, co najważniejsze. Ale przecież domu nie ma, bo trudno nazwać domem to puste i wychłodzone miejsce, z pożółkłymi  kartkami w środku. Co zabrały mi kartki?- zamyśla się, wacha- trudne pytanie, ale dobra. W pewnym momencie doszedłem z nimi do takiego miejsca, że dalej się nie dało. Zresztą, nie tylko z nimi. Przecież robiłem duże festiwale, w końcu musiał opaść ten szał, amok. Ludzie się porozjeżdżali. No i pogubiłem się, emocjonalnie też, potraciłem kobiety, które były mi bliskie. Niby mam wszystko, co kocham- Poświatowską, Michalską, nowe  i stare książki, ale brak kogoś, z kim mógłbym o nich porozmawiać. Podobnie inne sprawy, o ptakach wiem wszystko- gdzie są gniazda, takiej rzadkości jak puchacz czy orlik krzykliwy, ale jeśli nie ma tego komu pokazać, to wszystko traci sens. Dziś widziałem żurawie i zabawę dwóch dzięciołów pstrych, samca i samicy. Popatrzyłem i to wszystko.

W chatach w okolicy, podobnych do tej na skraju wsi, w domach Tanicy, Kopców, Bieńdziugi czy Zajmy samotność jest jak pies, przyklejony ze starości do nogi, bezradny i wierny. Nawet łagodny trel pliszki cytrynowej czy skrzek derkaczy, jakby ktoś przekręcał przekładnie w kole, nic nie jest w stanie z tym zrobić. Samotność szczeka wściekle, głośno. Wsie wymierają powoli, zapijają się na smutno, starzeją i kończą. Mam tu wielu kolegów, spotykamy się pod sklepem w Szymkach, ale to nie są zwykli pijaczkowie, spod budki z piwem, mogę z nimi porozmawiać– dodaje Bogdan, którego za chwilę dowieziemy do sklepu, i będą tam na niego czekać. Rzadko teraz chodzę na ptaki, częściej na małpki, bo co tu robić? Wokół Cisówki był taki piękny las, pisał o nim kiedyś Ryszard Kapuściński w Buszu po polsku. Ale on teraz jest tak zdegradowany, boli mnie, jak tam idę. Cywilizacja niszczy las mego dzieciństwa, nie znajduję w nim już miejsc z żurawiami czy łosiami, które podglądałem przez całe dzieciństwo. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

   Człowiek lgnie do natury lub drugiego człowieka, tez części świata. Kiedy brakuje kogoś najbliższego- cieszy nawet to, że dzieci na spotkaniach autorskich przytulają się, siadają na kolana, słuchają opowieści. I mówią, ale pan pięknie pisze! – to są momenty szczęścia.

 Teraz wątrobą każdej miejscowości są wiejskie sklepy. Kiedyś, w Białymstoku Marszand nazywali sercem miasta. W samym centrum, tuż przy Rynku Kościuszki, otwarto małe miejsce z krzesełkami i obowiązkowymi obrazami lokalsów na ścianach. Kiedy Kartki okrzepły i stały się znane w Polsce, redakcja zbierała się właśnie tam, żeby dyskutować o zawartości każdego numeru.  To była prawdziwa  mekka pisarzy i na wzór każdego porządnego miejsca w świecie- kulturalna redakcja. No właśnie– wspomina Jan Kamiński- Bogdan to sobie chytrze przemyślał. Miał redakcję w teczce, a teczka była zawsze w Marszandzie.

Marszand to było także picie, tam zaczynał się kończył świat Bogdana, przy śledziach, czarnym delikatesowym chlebie i wędzonej słoninie, obficie polewanej alkoholem. Stolik naprzeciw wejścia zapraszał, każdy przysiadał się chętnie, na ścianach były obrazy i w głowie były obrazy i fantasmagorie, ale przede wszystkim było to miejsce, nie do podrobienia, z zaokiennym widokiem drzew, Ratusza i ludzi, z historią i teraźniejszością rynku, nieodległą wodopojką i targiem konnym, a  wszystko widziane z jakiejś bezpiecznej perspektywy, z pozycji kawiarnianego uniwersum.

Nigdy nie udało się powtórzyć niesamowitej energii miejsca, kiedy go zabrakło. Teraz w miejscu marszandowej redakcji stoi elegancki i eklektyczny bar z czekoladą. Także w Castelu, do którego przeniosła się potem redakcja (stolik po lewej od wejścia) Bogdan urzędował zbyt krótko. Próbowano zrobić jeszcze coś w Barze Podlasie, ale redakcja (zawsze bez własnego komputera i miejsca) nie zagościła tam zbyt długo. Jest jednak coś, co zabierał ze sobą oprócz teczki, zawsze. Swoje zmagania z duszą-mówi, a baterie w magnetofonie, które to rejestrują- zaczynają migać. Zaraz zgasną, jak zawsze, w najważniejszym momencie. Ale może ta tajemnica Poliszynela niekoniecznie musi być zanotowana? Nie bez kozery spiryt to dusza, jeśli ma się chorobę duszy, to nie ma szans. Zwłaszcza na wsi.

Zanim zgaśnie ostatnia dioda w nagrze, mikrofon rejestruje szmery domu, tykanie zegara, łapie  ciężkie oddechy, raz z zimna, dwa z emocji, bo oto na środku swego mitycznego domu stoi czarna legenda Kartek, jak powiedział kiedyś prof. Dariusz Kulesza, stoi i przyznaje się do klęski. Niełatwe to, ale Bogdan jest wychowany na literaturze, z podobnymi sobie wypił setki kufli i kieliszków, przeczytał tysiące wierszy i esejów, poznał najczarniejsze noce melancholii i metafizyki. Dotknął szaleństwa. Musiał nauczyć się wstawać. Trzeźwieć.

   Jest samotny. Żadna  kobieta nie wytrzymała zderzenia z rzeczywistością, bo one wymagają komfortu, a tu nie ma łazienki, ciepłej kuchni, wygodnego tarasu, gospodarza. I determinacji, żeby zmienić wszystko i siebie dla kogoś. Determinacja jest tylko w rozpaczliwych próbach wskrzeszenia mitu Kartek, które dawały  sens jego życiu. Opowiada o powołaniu nowej fundacji, i nowym piśmie- najpierw internetowym, potem papierowym, tym razem pod auspicjami Teatru Nowoczesnego. Nie jestem przeciw– mówi- trzeba tylko pójść do notariusza i załatwić sprawy. Kartki są teraz niczyje, ale to ja mam prawo do tytułu– dodaje po chwili.

Nigdy się z nimi nie rozstał, i dlatego boli go strata kartkowego towarzystwa, które dorosło, robi naukową karierę, jak Darek Kielczewski, czy wyjechało za granicę. Brakuje mu chłopaków, z którymi gadał, śpiewał, czuł się beztrosko, świeżo i młodo, i może to ostatnie słowo zamyka sens ciągłego poszukiwania mitu Kartek. W tej starej chałupie tuż przy granicy, w środku lasu i XXI wieku  stoi niemłody, zmęczony życiem mężczyzna, który ma w duszy o trzydzieści lat mniej. Inni już zrozumieli, że w tym świecie się dorasta, ale on ciągle jest młodym Bogdanem, który wszystko może jeszcze zmienić. Tylko jak? – zastanawia się głośno- jedni się starzeją, inni umierają, nie sądzę, żebym namówił Darka. Może Sławka, Czarka czy Mariusza? Pawluczuk tez nie dałby rady pisać, bo on już ludzi nie poznaje. Kiedyś szedłem z Mirkiem Gryką, a on nas spotkał i pyta –to Ty nie jesteś w Stanach? A Mirek na to- ja już kilka lat temu wróciłem.

Zrobiło się naprawę późno. Czas wracać, zwłaszcza, że w Szymkach czekają koledzy. Bogdan zabiera szklankę do kuchni, dojada sernik od siostry. Jest jeszcze jedno, ten brak, który wypędza go w drogę i o który trzeba zapytać na koniec.

 Pojawiła się wtedy, kiedy były zawirowania z Kartkami. Któregoś dnia na spotkaniu o tym, czy Białystok potrzebuje pisma literackiego pojawiłem się nieproszony, nikt nie chciał wtedy ze mną rozmawiać. Stałem z boku, słuchając jak rozmowa staje się sądem nade mną. W Kopiluwaku była tez ona, białowieżanka, dziewczyna inteligentna i młoda. Dzidek Parczyński, kiedy poszliśmy tego dnia na piwo, powiedział, że to mądra kobieta. Zaimponowała mi szalenie- miłością do literatury, była przecież po polonistyce i miłością do przyrody, była przewodnikiem turystycznym. Dziewczyna marzenie, prawdziwy czad. Zakochaliśmy się w sobie i spędziliśmy siedem cudownych i trudnych lat. Czy nie wytrzymała presji kartkowej? Raczej nie umiała mnie wyciągnąć z przyzwyczajeń. Pozwalałem jej na wszystko, ale mówiła „jak nie przestaniesz pić- zostawię cię. I rzeczywiście odeszła.

    Kiedy zamyka drzwi na klucz, słowa z kartek sfruwają na kolorowe dywany, tkane przez tutejsze sąsiadki, wprost do stóp Sokrata, który zasiadł właśnie na starodawnej kanapie. Wszystko dzieje się na opak, kołowrotek zostawiony przez babcię już nie kręci wełny, Sokrat siedzi- wisząc, ognisko domowe nie grzeje. Słowa straciły sens, wypłowiały ich znaczenia, , nawet miłość nie jest tu cierpliwa, łaskawa, by wszystko znosić, wszystkiemu wierzyć, we wszystkim pokładać nadzieję. Bogdan sprawdza zamek, zatrzymuje nas, zaprasza do posłuchania ciszy zapadającego zmierzchu. Tak jakby chciał, żeby ktoś jeszcze raz dał mu tamto życie, gdy wyruszał na ptaki, znajdował ich gniazda i wracał pisać wiersze.

W tym cichym grudniowym popołudniu gaśnie światło dnia. Ruszamy polną drogą, przez las, wprost w ramiona nocy, świateł sklepu, byle dalej od samotności opustoszałego życia.

             A przecież mówił językami ludzi, miał dar prorokowania i posiadał wszelką wiedzę, tam, w jasnym Marszandzie, w innym czasie i życiu, na jałmużnę wystawił całą swą majętność i nawet na spalenie demonom swoje ciało. 

Bogdan patrzy błękitnymi oczami przed siebie, wprost w depresję zimowej Cisówki. Jeszcze nie wszystko stracone– mówi.