Ten rok jest inny. Choć taki sam, przecież znowu czekam na wiosnę.

Zmrożona ziemia przyjęła mnie wczoraj w drugim domu, wychłodzonym moją nieobecnością. W oddali nieśmiało śpiewały ptaki, nagie drzewa rysowały sterczącymi patykami znaki na niebie. Spotkaliśmy się z panem Jankiem, żeby poustalać stan posiadania i strat, w tej najważniejszej, braku Basi pobyliśmy przez chwilę razem.

Ale przedwiośnie już nas wołało, więc kawę piliśmy szybko, oglądając ostatni, wspólny taniec mojego działkowego sąsiada i jego żony podczas okrągłej rocznicy. Jan zdążył ją jeszcze zorganizować. Na szczęście.Cisza przedwiośnia zawisła nad nami. Dużo milczeliśmy, Jan płakał. Siła życia jest silniejsza niż śmierci, zaplanowaliśmy barbera dla drzew, malowanie płotu, sianie i sadzenie jak dawniej, jak zawsze. Tylko czekać.

A wiosna już się zbliża, wstaję o świcie, żeby pooglądać przez okno jak rodzi się każdy nowy dzień. Coraz jaśniej w kwadracie za firanką, za którą, na parapecie, co rano stoją moje koty. Oglądam nowe pąki na budzących się roślinach, nawet storczyk dał znak, wypuszczając liście i korzenie- ten sam, wobec którego zastosowałam zasadę Basi. „Rośnij, bo inaczej …”

Wiosna też w książkach. Spędzam czas z moimi przyjaciółmi z dawna: Kora, Sylwia Plath, Barbra Streisand, Beatlesi. Choć w przypadku „Kory i innych zwierząt” Kamila Sipowicza – tej, która na okładce i w tytule – w środku jest niewiele. To raczej impresja o licznych towarzyszach życiowej podróży: psach, kotach, wężach już PO odejściu tej, która jest tu pretekstem do zanurzenia się w słowach. Kory niewiele, dużo za to jej zdjęć z czworonogami. Szybko odłożyłam, zmartwiona, że stała się tylko pretekstem.

„Kochając Sylwię Plath” Emily van Duyne można czytać jak kryminał (choć i tak wiemy, kto zabił). To mroczna historia uzależnienia i konsekwencji, którą zna każda niemądrze zakochana kobieta. Autorka po raz pierwszy w krytycznym opracowaniu zestawia jej wiersze z listami do psychoterapeutki, szokująco podkreślając ich wydźwięk. Dużo tu współczesnych odniesień do świata, w którym Plath, jako kobieta, która doświadczyła przemocy ze strony partnera, staje się (być może) symbolem światła zmiany. Kultura deprecjonuje historie takich, TAKICH! kobiet. A tu podtytuł książki brzmi: „Jak Ted Hughes wykorzystywał Sylwię Plath za jej życia i po śmierci. „Na nowo wzniecam ogień Sylwii,na kominku w salonie, gdzie jej fanki wytężają wzrok, żeby czytać w migającym świetle lampy gazowej. Nad nimi mężczyzna przeszukuje strych w poszukiwaniu klejnotów, które zbyt dobrze ukrył.” Świetna lektura!

Tysiąc stron o sobie? Ależ, to za mało! Zwłaszcza, ze pisze Barbra, której „Women in love” był moim pierwszym songiem włączającym w krainę miłości. Rówieśniczka mojej mamy, kapryśna właścicielka garbatego nosa, aktorka i gwiazda oświetlałam mi nastoletnią drogę w dorosłość. W tej książce mówi o sobie, przywołując liczne wydarzenia ze swojego życia. Wersję oryginalną audiobooka czyta autorka; genialnym pomysłem było dodanie fragmentów muzycznych dzieł autorki. Po polskie wydanie „Na imię mam Barbra” Barbry Straisand warto sięgnąć z powodu fenomenalnego tłumaczenia Katarzyny Bażyńskiej- Chojnackiej i Piotra Chojnackiego. Szybko się czyta, czasem gubiąc w nadmiarze dygresji. Wybaczam Barbrze te tysiąc stron, ostatecznie oprócz wspomnień- książka będzie świetnym, choć subiektywnym dokumentem dla wszystkich późniejszych badaczy sztuki tej niezwykłej postaci. A piosenka? Jest nieśmiertelna.

https://www.youtube.com/watch?v=hQLGCX8D-1Y

Przedwiośnie to także czas najpiękniejszych książek, na które z zachwytem czekam. Mimo upływu lat, jesieni i wiosen- jestem małą, pełną nadziei dziewczynką.

Jak dobrze, ze dusza nigdy się nie starzeje!