Od miesiąca mieszkam w samym centrum. Okno w kuchni otwiera się na katedrę, to w sypialni patrzy w puste okna bloku naprzeciwko. Jestem w środku. Mój środek uczy się zmiany i wojny. Spadające bomby i waląca się ściana w starym mieszkaniu padają tak samo głośno, w obu przypadkach. A jednak- moja ściana spada, bo zapragnęłam mieć nową przestrzeń. Domy w Kijowie padają pod pociskami, choć nikt tam nie marzył o remoncie.

W obu miejscach jednocześnie jestem i mnie nie ma.

Czują skurcz, gdy kładę na szali tę nieobecność, bo przecież w tamtych domach coś zostało. Ja swój posprzątałam idealnie, rozdając, sprzedając, wyrzucając, chowając rzeczy niezbędne do reklamówek za kilkadziesiąt groszy i kartonów z pobliskiej drogerii. Pieczołowicie przejrzałam książki, talerze, zdjęcia; usunęłam podwójne tarki do warzyw, niepotrzebne kufle wystawiłam w śmietnik, pożegnałam się z pamiątkami po dawnym życiu. Precyzyjnie oddzieliłam światy, wierząc, ze muszę zacząć na nowo. Zostało mnóstwo książek, a drugie tyle jest już w innych rękach, wierzę, że przyjęły je czule. Właściwie mój dawny dom mieści się teraz na Kościelnej w dwóch kontenerach na zwierzęta i jednej niewielkiej walizce. Gdybym musiała uciekać, na pewno nie miałabym jej jak zabrać.

Tamci nie mieli jak uporządkować swojego świata. Łapali cokolwiek, intuicyjnie, zostawiając ślubne fotografie, kołdry pod którymi znajdowali sen, ulubione filiżanki, długopisy, komputery z nieskończonymi notatkami, rybki w akwariach, rachunki za prąd, ubrania na wiosnę, widoki z okna, wspomnienia. Może ktoś, tak jak ja zrobił sobie właśnie odpływ liniowy pod prysznicem i zawiesił nowe rolety w oknach. Uciekali przed grozą tego, co można było zobaczyć w telewizji-ostrzelane ściany, płonące okna, dziury w brzuchu bloku.

Kiedy patrzę na oświetlone strzeliste mury katedry- myślę o moich dwóch kotkach, dzikich i kryjących się przed niebezpieczeństwem w najciemniejszych miejscach mieszkania. Czy udałoby mi się je złapać i zabrać? I co w obliczu śmierci jest niezbędne do uratowania?

   Mieszkam przy Kościelnej. Agata i Wojtek wpuścili mnie do swojego świata, z wdzięcznością codziennie odkurzam podłogę i ubieram stół w kwiaty. Przemieszczam się pomiędzy rzeczami, uważając, żeby nie zburzyć porządku domu uśpionego ich nieobecnością. Korzystam  z tego, co niezbędne: niewielkie łóżko, choć jest tu ich znacznie więcej, w łazience dopiero po tygodniu schowałam nie swoje szczoteczki do szafki i rozwiesiłam własne ręczniki. Koty przechadzają się po parapetach, obserwując ptaki z niższego niż zwykle pietra. Z ekstrawagancji pozwalam sobie tylko na amarantowy kolor lampki, gdy ją włączam, świat zaczyna pulsować światłem, którego teraz bardzo potrzebuję.

Ciągle o nich myślę, o ludziach z granicy, którzy uciekli z piekła wojny. Wyobrażam sobie, jak muszą znaleźć wygodne ułożenie na obcych łóżkach, jak szukają swojego miejsca na szczoteczki w cudzych łazienkach, jak nocą piorą bieliznę, żeby zdążyła wyschnąć. Jak często myślą o przestrzeni swoich mieszkań, pluszu zostawionych kanap w salonach, ekspresach do kawy, które nie zmielą już dla nich ziarna, zdjęciach i obrazach przysypanych tynkiem po wybuchu. Jestem w samym środku ich rozpaczy, spadamy w nią razem.

Czasami przychodzi do mnie kadr jakiegoś chłopca z karabinem. Nie wiem jak się nazywa, czy lubi jeździć na desce i czy słucha techno tak, jak mój syn. Czy ma dziewczynę, lubi przeglądać tik-toka, grać w Fifę, czy rozrzuca buty po wejściu do domu, śpi dłużej niż zwykle, robi sobie podgrzewane kanapki i nałogowo zjada chipsy.

Ma dwadzieścia kilka lat i jest w najgłupszym miejscu na świecie, w przestrzeni wojny.  Jestem jego mamą, bo każda jest matką innego dziecka, wystarczy tylko użyć wyobraźni. Albo fizyczności- noszenie dzieci pod sercem jest wszędzie takie samo. Ten chłopiec tak jak mój syn jest delikatny, lubi zwierzęta, nie zna zabijania. Teraz dźwiga karabin, widzi lecące samoloty, które zrzucają bomby. Chciałabym zasłonić mu wtedy oczy i podać kakao, przeczytać bajkę o pociągu, który mknie przez wzgórza, doliny i miasta. I niech nie boi się ciemności nocy, gdy wjeżdża w nią pociąg, to mija, ta noc.

Tymczasem jestem tylko w środku swojego bezpiecznego miasta i zdarzeń, które niesie mi sieć, publikując filmy i zdjęcia stamtąd. Mój syn wpada w nie na chwilę, pomiędzy studiami w Warszawie, cieszę się jego obecnością, nie rozmawiamy zbyt dużo o wojnie, wole gładzić jego miękkie włosy, dotykać młodego zarostu, czekać aż wróci od zostawionych w Białymstoku przyjaciół.

Chłopiec z kadru mieszka w mojej codziennej modlitwie i trosce, czy nie marznie, jest najedzony, bezpieczny. Wysyłam mu ponaglające esemey z głowy, kończ już, kochanie, wracaj do domu, czekamy. Za chwilę wiosna.

No właśnie, za moment wybuchnie świat. To jedyny wybuch, który mogę zaakceptować bez lęku. Jest globalny, rozrzuca kolor , wydłuża jasność, wyrzuca z kryjówek rośliny, owady, zwierzęta. Pająki już czują. Tulipany są w gotowości, ,magnolia czeka. To będzie prawdziwe zwycięstwo światła nad ciemnością.

Czekam. Tu na Kościelnej za chwilę zazielenią się krzewy. Odliczamy chwile do jej początku i od początku wojny odliczamy dni. Dziś dzień dwudziesty czwarty. Wyprowadzę się stąd za dwa tygodnie. Razem ze środkiem miasta chciałabym pożegnać też środek wojny. Chcę wejść w środek zmiany, jak wchodzi się do spokojnego ogrodu. I chcę, by do pustych mieszkań bezpiecznie wrócili ci udręczeni, którzy mieszkają teraz w mojej smutnej głowie.