Część moich czytelników poznała już fragment tego tekstu. Zapraszam do przeczytania całości.

Tekst nagrodzony główną nagrodą w konkursie ZAIKS-u , Towarzystwa Dziennikarskiego i Fundacji Collegium Civitas. Jestem zaszczycona i serdecznie dziękuję.

              Ma na tym zdjęciu dwadzieścia sześć lat i dziecko w brzuchu. Usiadła właśnie na drewnianych schodach, które zrobił brat jej mamy, wujek Staszek. Są jesionowe. Z tyłu, za nią, z prześwietlonego popołudniowym światłem okna wpada słońce. Ona też jest słońcem, miłością. Uśmiecha się do swojego poślubionego rok wcześniej męża, ciesząc na wspólną drogę przez życie, a może to Natalia łaskocze ją w brzuch? Nie pamięta. 

Po dwudziestu pięciu latach trzyma to zdjęcie w rękach i złości, że nie może dwoma palcami przybliżyć szczegółów, jak w telefonie. Nie widzi co jest na parapecie, nie może rozpoznać pakunków pod oknem. Wywołana analogowa fotografia jest martwa jak tamten czas. Widzi jednak, że ona – miłość- nie umiera w momencie pstryknięcia migawki, bo za trzy miesiące urodzi córkę, a za pół roku zbuduje bibliotekę w miejscu, w którym stoi jej fotograf. Umrze na chwilę trzynaście lat później, kiedy ostatni raz on usiądzie na tych schodach, żeby nałożyć buty i wyjść na zawsze do innego domu. Ćwierć wieku potem będzie ostatni raz myć stopnie swoich schodów, a potem wystawiać je na olx-ie do sprzedania.

  Jest środek marca, zaczyna się pandemia. Świat pustoszeje, lasy są zamknięte, miasta odzyskują ciszę, ludzie cieszą się nagłym zwolnieniem z obowiązku chodzenia do pracy, samochody nie potrzebują benzyny, więc cena spada do trzech złotych z kawałkiem. Wszyscy szyją maseczki, nawet pracownia teatralna przy Elektrycznej, do której zagląda jak zawsze, przed premierą. Nagrywa więc terkot Singera, głos pani Eli, która głośno zastanawia się, czy „Treny” uda się pokazać na scenie Dramatycznego za dwa tygodnie. Towarzyszy jej niepokój, zwłaszcza, że pomiędzy dyżurami w radiu porządkuje dom. Jest idealnie przygotowana do obu czynności, choć jeszcze o tym nie wie. Nastawiona na kreację, którą zyskuje wobec zamkniętych instytucji kultury. I pustki domu, którą w pełni teraz widzi. Nie może już oszukiwać się, że jej schody znowu będą potrzebne do noszenia i podtrzymywania. Telefon wreszcie milknie, ludzie z galerii i teatrów pokończyli większe projekty, umawiając się na potem, po zamknięciu. Widzi, ze zamieszkali w wirtualnym świecie, do którego czasem zagląda. Obiecują sobie oglądać obrazy w zakurzonych albumach, wreszcie nadgonić zaległe filmy. I czytać. Wącha ich pieczone, wirtualne chleby, zastanawiając się co dalej.

 Jej dalej – to jutro. Katarzyna codziennie idzie ciemnym korytarzem, ocierając się o chropawą ścianę, która zaczepia jej bluzkę i robi małe dziurki, jakby chciała pomóc w ucieczce mikroskopijnym komórkom pod seledynową materią. Radio milczy, wreszcie zrozumiało słowo „cisza”, wyklejone na każdych drzwiach otwierających studio. W pracy, na programie, są tylko we dwoje, realizator siedzi za konsoletą, ona przed mikrofonem, dzielą ich cztery szyby i strefa. Reżyserzy dźwięku w strefie A, dziennikarze w strefie B. Pomiędzy nimi parawany, zakazy i monity, kamery, butelki z płynem, pan Mikołaj, który kontroluje wszystko, wizja zarażenia nieznanym wirusem, podobno z Chin, daleko. Nikt oficjalnie nie przechodzi pomiędzy tekturowymi ściankami szarych ścianek, postawionych naprędce i niepotrzebnie. ”Covid z tektury”– myśli Katarzyna lawirując pomiędzy, bo po drugiej stronie została lodówka, a w niej mleko do kawy.

Zresztą widzi to wszędzie- dyrektorzy instytucji, którymi się zajmuje też oddychają swobodniej. Wreszcie można pracować biurowo, do 15, bez męczącego rytmu myślenia o popołudniowych dyżurach, konieczności kupowania wina na wernisaże, na które przychodzi ta sama grupa widzów, no i bez artystów, ich najłatwiej odsunąć na potem. Świat jest prosty, łatwiejszy. Tylko Ania, sopranistka-freelanserka, myśli co będzie dalej, jak długo to potrwa. Ma czwórkę dzieci, odwołane koncerty i zawieszone lekcje śpiewu nie tłumaczą świata bez czekoladek i codziennych obiadów. Jeszcze nie płacze, zrobi to dopiero po roku zamknięcia pandemicznego. Znajdą ją potem w łazience na poddaszu.

Na razie śmierć się tylko przymierza. Krąży dookoła tych, którzy jeszcze próbują nagrywać streemingi, publikować koncerty z balkonów, pocieszać śpiewaną na zoomie muzyką, jeszcze we wspólnocie, każdy z własnych domów. Śmierć zadowala się zapomogą od ministra, pięć tysięcy złotych, bezzwrotnie. Odracza termin, ironicznie wpuszczając nadzieję, żeby dumnie kroczyła przed nią. W radiu podobnie- nie zaczynają dzienników od komunikatów koronawirusowych, Katarzyna szuka pozytywów także w kulturze, kreatywnie odpowiadając na błagania artystów, żeby o nich nie zapominać. Nagrywa używając wszystkich komunikatorów ACR w telefonie, skype, whatsApp, pasek do spodni, bo dobry dziennikarz nawet na nim nagra dźwięk. Ale wszystko dookoła niej się zmienia. I nagle widzi stopniowanie słowa. Pusty, puściejszy. Najpierw się dziwi, zapisuje je uważnie, sprawdza, czy jest poprawne. Najpuściejszy brzmi jak opis buzi pyzatego dziecka, ot, paradoks znaczeniowy.

Cezary-informatyk też to widzi. Zanim umrze pół roku później dusząc się podczas pocovidowego kaszlu, opracowuje w strefie A strategię przetrwania, wymyśla wkładanie kluczy radiowych pokoi do foliowych woreczków, żeby nie przenosić zarazków. To będzie jedyna zawodowa nieudolność Cezarego, który zazwyczaj palcem jednej ręki umie przenieść zasoby archiwalne radiowych kulturalnych audycji, z powodzeniem moszcząc je w wielkiej chmurze. A tymczasem tu nie wychodzi, zaraża się i sam wskakuje do archiwum, po prostu. Znika.

Jest inaczej. Świat parcieje, kurczy się, przybliża, cichnie. W pustym studiu Katarzyna podczas programu ogląda w telewizji nagi glob, drony latają nad martwymi plażami, a ona widzi zdjęcia pustych sal galerii Arsenał z nową wystawą „Kradzieże i zniszczenia. Musi nauczyć się opowiadać o płonących pracowniach i tęczy, o meteorytach przygniatających rzeźby, o ciosach szablą wymierzoną w obrazy. Musi namalować słowem to, czego nie da się zobaczyć- ubrać metaforę w dosłowność, konkret. Mówi do tych, którzy nie widzą, a słuchają. Nagle ważne stało coś innego niż banał, bo nikt oprócz niej nie ogląda wystawy, instytucje zamknęły drzwi, ludzie schowali się w domach. Więc audiodeskrybuje. Ubiera się w płaszcz dawnego opowiadacza historii, ciąży jej trochę, bo nie zna zasad, wychowana jest w czasie komercyjnego niemarnowania słów. Uczy też słuchać ludzi po drugiej stronie, oni też przyzwyczaili się w radiu tylko do akcji-reakcji, zwłaszcza podczas dżingla zapowiadającego konkurs. Karlejąca ziemia także zbliża ludzi do siebie. Można zaglądać sobie w okna, okienka, i sprawdzać jak ćwiczy Janusz Józefowicz i gra Sting. Jak maluje Leon Tarasewicz i otwiera okno na balkon Andrea Bocceli.

A wieczorem przychodzi czas na porządkowanie przeszłości, która wylazła w pandemii z kąta. Dom zionie pustką, którą dotychczas Katarzyna zawalała nieskończoną pracą, wyjazdami. Piętro nad głową, z pustymi pokojami dzieci wyje. A może to woła w niej wreszcie prawda, którą trzeba zobaczyć? Wreszcie ma dużo czasu, żeby układać czas miniony, bo nikt nie spotyka się już na nagrania. Rano prowadzi program, potem w pustym radiu montuje to, co zdążyła zarejestrować na początku roku. W tych opowieściach jest szalony właściciel szklanych liter, który oprowadza ją po domu pełnym neonów. Wycina szumy, powtórki, duplikuje dźwięk palącego się proszku w  rurce, wie, ze to ostatni przedpandemiczny reportaż, więc szuka słynnej damy ze ściany Cristalu, przegląda zdjęte ze ściany budynków literki i litery, które wypełniają M-4 na Towarowej. Kiedy kończy pracę nad reportażem- ogarnia cisza systemu montażowego. Zastyga, bo wszystko zostało już dopełnione, zamknięte. Czas na schody.

 A schody już niepotrzebne. Patrzy na zdjęcie sprzed lat, co za paradoksalny wybór, usiadła na trzecim schodku, niepopularnym w schodowym jestestwie.  Na stopniach jej schodów składała rzeczy do zabrania na górę (schodek pierwszy), lub ważne dokumenty do schowania –na potem(schodek szósty). Ich dzieci siadały na drugim schodku i wiązały adidasy. Koty najbardziej uwielbiały stopnie na samej górze, skąd bezpiecznie obserwowały wchodzących do domu ludzi, a Czarny Mietek lubił łapać ręce wszystkich, którzy sięgali po zawieszone na schodowym wieszaku płaszcze. Chował się za ubraniami i czekał, aż ktoś wreszcie zdecyduje się opuścić dom, wtedy atakował. Lubiła też najszerszy stopień, piąty, układała na nim duże gabaryty: ubrań, pościeli lub poduszek, żeby nie biegać w kółko z góry na dół. Schody przyjmowały i oddawały życie, po jakimś czasie skrzypiały, wysłużone, i rozklejały – przyjeżdżał wujek Staszek i dziwił, że są takie mocne, starodawne, zawieszone na dwóch ramionach. Kiwał głową, ze to tyle drewna, teraz już są ekonomiczne, pojedyncze, już by takich nie zrobił. Podklejał i wyjeżdżał, a oni dalej czule dotykając poręczy i wyrzeźbionych tralek wspinali się w górę. Może wybrała ten trzeci schodek tylko do zdjęcia?

 Pandemia zatrzymała tor istnienia, lub przeciwnie, zweryfikowała świat, w którym przez lata lawirowała pomiędzy studiem a domem. Radio było pełne niedokończonych montaży, niedorozmawianych spotkań, wernisaży i autorskich opowieści, wyjść na próby, wieczornych informacji pisanych na rano, relacji i nagrań do reportaży. Była dziennikarką kulturalną, więc zaczynała pracę tam, gdzie wszyscy kończyli, każdy weekend był pełen ludzi do nagrania: w teatrach, muzeach i kinie. Nie czuła wysiłku, pędząc przez pokoje kulturalnych wydarzeń, zresztą radio bezwzględnie upominało się o jej czas, uwagę. Pomiędzy teatralnymi premierami przewijała dzieci, odprowadzała je do przedszkola, a potem szkoły, zbierała ich coraz większe ubrania, przymykała oko na pierwsze imprezy. W biegu z wystawy na wystawę Katarzyna rejestrowała, że kończą klasę, szkołę, dzieciństwo. Radio bezwzględnie zatrzymywało ją nawet kiedy umierali rodzice i odchodził mąż. „Zawsze jesteś przed programem albo po programie”– krzyczał, zwijając koszule z szafy, znosząc walizki ze strychu, po schodach, które za jakiś czas Katarzyna umyje i wystawi na sprzedaż. Potrzeba było dopiero Wuhan i nietoperza, żeby zobaczyć jak pożerają media.

 Katarzyna myśli obrazami: ten bezpieczny świat doszedł do końca. Wyobraża sobie, że stoi przed topniejącym lodowcem, przygląda mu się uważnie i łapie odłamujące się kawałki. Z wielkiej góry skaczą w toń dobrze znani ludzie, umierają od lodowatej wody, nie mają sił na zmianę, ale mają wolność wyboru, także śmierci. Albo- dużo szczęścia, trafiają na krę, która niesie ich dalej. Każdy wie, że świat po pandemii będzie inny, choć pozornie ten sam, ale Katarzyna nie chce już wsiadać do tej samej łódki, którą tak dobrze zna. Nie chce wylewać wody zatapiającej łódkę w środku nocy, o świcie i w południe, gdy płyną fale informacji na już, natychmiast. Albo kolejnej wiosny oglądanej przez szybę studia. I tak zrozumiała za późno, ze życie jest gdzie indziej, choć Milan tak dokładnie podpowiadał.

Na razie jeszcze stoi i patrzy, jest z boku, nie na szczycie, jej zadaniem jest tylko transmitować i opowiadać, nadawać, puszczać w eter, śledzić. Widzi, że nie da się zlepić lodowca na nowo i odbudować przestrzeni z wielką górą na horyzoncie. Uczy się więc tego, żeby odejść. Nie wszystko da się nagrać– mruczy pod nosem i zamyka drzwi do studia.

   Chce tylko jednego- sprzedać schody. To mądre schody, zawsze ciepłe, życzliwie przyjmujące każde stopy. Schody bezpieczne- nigdy nikt z nich nie spadł, a ja raz tylko uderzyłam się o wysunięty drewniany panel, ale z gapiostwa, roztargnienia– pisze w ogłoszeniu, które zaraz kasuje, bo brzmi głupio, sentymentalnie. Sprzedam schody, jesionowe, 230x170x90, używane- podaje sucho, botrudno pisać o wnoszeniu na nie ciężaru smutku dzieci po rozstaniu. 

Wierzy, ze kiedy przyjdzie kupiec i rozbierze je z tralek, wieszaka, półki na niepotrzebne kapelusze rodziców; kiedy zostaną nagie i bezbronne- będzie mogła podjąć jeszcze jedną decyzję. Więc czeka, czyszcząc ciało schodów i czując, że to ostatnie pożegnanie. Nad głową latają nietoperze, ktoś robi z nich zupę, ktoś wciska przycisk i kula ziemska zatrzymuje się w bezruchu, ktoś rozpacza po stracie wszystkiego, co zna. Katarzyna jest wdzięczna za pandemię. Jeszcze przez chwilę jest celebransem żegnania dawnego czasu, ale przed nią (wierzy w to stuprocentowo)- błękitna polana. Lub zielone niebo.

Na których na pewno nie będzie żadnego mikrofonu.