Zawołałam ich na pomoc i przyszli. Doris zabrała swoje koty. Anna przybiegła w płaszczu, jaki nieudolnie próbowałam sobie kupić w dawnej Telimenie na Legionowej. Kichot szedł machając rękami, z daleka dawał mi znaki, że jest. Agnieszka trzymała kapelusz na głowie, rozkojarzona znów przy kolejnej piosence, nie zwróciła uwagi na mnie. Myłam wtedy te moje schody i czułam, że nie dam rady sama, muszą być przy mnie moi książkowi przyjaciele. To był ostatni wieczór przed zmianą, może sprawdzałam świat niematerialny, jak funkcjonuje? Za chwilę miały do niego trafić szorowane stopnie, a potem i ja. A styk pomiędzy miał się całkiem dobrze: Doris z Donem patrzyli na świat pełen śniegu za oknem, biały puch spadał na drzewa, samochody i nieudolne pługopiaskarki –tej zimy jadące na sucho, z powodu braku soli do posypywania.

 Moje schody zostały rozebrane z ubrań podtrzymujących je tralek, wieszaka, półki na kapelusze moich rodziców, zostały nagie. Wchodziłam pełna obaw, już nie mając czego się przytrzymywać. Tylko stopnie i dwa ramiona pod spodem, Krzysztof powiedział, żeby stawać na środku, bo inaczej będzie niebezpiecznie. Drewno było ciepłe, przyjazne.  Mimo twardości materiału dały się przytulać i tak żegnaliśmy się ze sobą raz po raz, dziękując za wspólne życie. Już niedługo przeminę jak one, ale na razie czuwam obok. Umyłam je ostatni raz, od góry, klęcząc na stopniach, po kolei, od najmniejszego i najwyższego, na którym w dawnych czasach siadała moja mama i paliła papierosy. Niższe szczeble przypominały nasze malutkie dzieci , obudzone w środku nocy śmiechem, bo dom był gwarny i wesoły od nadmiaru gości. Czyściłam schody wzruszona i pełna wdzięczności, czując, że to jest ostatnie pożegnanie, mieszkanie na chwilę stało się domem rozstania, a ja miałam pełnić rolę celebransa zanim otworzą drzwi i wyniosą je do przeszłości.

  Te schody są początkiem. Za krótką chwilę zniknie pokój mego synka i córki, potem wyremontuję kuchnię i wyniosę wszystkie ksiązki z biblioteki. Powoli eliminuję rzeczy pieczołowicie zbierane przez lata, wyrzucam skarby kolejnych zmian pościeli, firanek, sukienek i butów na potem, na kiedyś, weselnych, zapomnianych. Ulgę sprawia, gdy zostawiam je przy śmietniku, a za chwilę znikają, co znaczy, ze będą jeszcze komuś potrzebne. Ten okropny lęk przed nicością sprawia, ze płaczę,  myjąc ostatni schodek, używany codziennie do zakładania i zdejmowania butów, płaczę nad śmiercią mamy, wyjazdem dzieci, nad mijającymi dniami, nad krótkim życiem, skończonością wszystkiego, nad kotami, które już nie chcą leżeć na schodach, czując, że nie czas na radość, płaczę nad sobą, zawstydzona łzami i tym, że rozczula mnie drewno.

A przecież zawsze pocieszał mnie Bóg, ufnie wierzyłam, ze nie wszystko stracone, a raczej zyskane, razem z wiecznością. Ale teraz Bóg poszedł szukać syna Marty, znalazł go martwego i nie wskrzesił. Ja zostałam sama, więc zawołałam ich, moich druhów z książek i przyszli.

Siedzimy razem. To ostatnia noc, jak w dawnych domach noc czuwania. Kto powiedział, ze rzeczy nie zasługują na pogrzeb, zwłaszcza, kiedy ich dni zrosły się z naszymi a sęki przejęły wspólny krwioobieg krwi? Jest dokładnie tak jak przy ostatnim pożegnaniu: umyłam ciało moich schodów, zawiesiłam je w przestrzeni, której służyły. Jutro ekipa odłączy je od ściany podtrzymującej życie i wyniesie i jestem pewna, ze panowie będą mieć rękawiczki, jak na prawdziwym pogrzebie.

  Włączyłam muzykę i myślę, co dalej. To tylko schody, powiesz, weź  się w garść. Tak. Ale to w drobiazgach mieści się sedno życia, w oddechach, nie oddychaniu, w nocy takiej jak ta, pustej i pełnej. W smutku wspomnienia małego pakunku wnoszonego na górę, którym był syn i córka. W konieczności zatrzymania momentu rozpaczy, który jutro na szczęście zniknie. Jutro nie wszystko będzie stracone jak dziś. To twoje pierwsze schody do nieba literatury –śmieje się Agnieszka, rzucając kotom kulkę ze zmiętej gazety- dopiero jak znikną zaczniesz ich szukać naprawdę.

    Ma rację. Rano zauważam, że wszyscy, których straciłam, siedzą w szczelinie światła pomiędzy teraz i nigdy na stopniach moich drewnianych schodów.