Zdążyłam wrócić o czasie. Chwilę później zasypało śniegiem, więc tylko przez okno patrzę na biały świat. W domu idealna cisza, niezmącona żadnym zbędnym słowem lub dźwiękiem, dziś moja druga ścieżka pozostaje pusta. Zanurzam się w ciepły, puchowy szlafrok, robię herbatę. Nie czuję żadnej potrzeby komunikacji z nikim, kotami i światem, cudowny bezczas i bezgłos, który już utopił się w zmierzchu kolejnego dnia. Styczeń stuka miarowo łopatami na chodnikach, dozorcy odgarniają śnieg i lód. Jest zimno.

Jestem w szmaragdowym puchaczu przywiezionym z Londynu. Świece skwierczą obok mnie, ale one nie należą do drugiej, tylko pierwszej ścieżki mego życia. Czuję jak siedzą mi w brzuchu, przyjemnie grzeją od środka, łaskoczą płomieniem, smyrają ognikami jasnego światła. Mam w brzuchu ogień mojej nowej książki i miliard pytań, czy warto. Ogniki płoną wewnątrz mnie, a słowa cisną się pod palce, gotowe do biegu. Powoli zaczynam coś pisać, a kiedy piszę, potrzebuję tylko jednego biegu życia, stąd ta cisza.

Więc w domu to czynności wykonują mnie powoli: robią mną obiad, ogarniają paprochy ze stołu, podlewają storczyki, czasami wykorzystują do niecnych celów, jak sprzątanie czy wyprawa po zakupy. Zawsze w styczniu odkrajam część siebie, zwalniam oddech. Jak pod wodą – tylko rzeczy niezbędne i wolno, wolniej. To idealny czas, zanim na nowo wybuchnie życie- można powoli ciągnąć na trzecim biegu, z miejscem na luksus taki jak dziś: okno, komputer, ciemność i ja.

Druga ścieżka w radiu zawsze dodaje- muzykę, szumy nagrania, lektorat, pauzy i przyspieszenia. Na bogato, żeby zaczarować dżwiękiem w tym cyfrowym montażu zatrzymanej na chwilę historii. W życiu wręcz przeciwnie: trzeba odciąć się od zbombardowanego odgłosami świata, zapaść w ciemne popołudnie zimy, w czas, który tak kocham, powolny i cierpliwy, czekający na to, aż zacznę.

Przywołuję zjawy i rok 1987 i moje początki w Białymstoku. Wierzę, że ta opowieść, która sączy się we mnie za chwilę trafi również do Ciebie.