Czy pani się nie boi?  Na pani działce umarła kobieta. Przyszła, posadziła pomidory i padła w zagonki. O, co tu się działo, reanimowali ją, ale nic z tego nie wyszło. Przeniosła się na tamten świat, a pomidory rosły potem i nie miał ich kto zbierać. Pani, zmarnowały się.

Sąsiadka oparta o niewielki płotek, nieliczna o tej porze na działkach, bardziej się przygląda mojej reakcji, niż czeka na jakąkolwiek odpowiedz. Grabię liście, bo znowu spadły z jabłonki, owocowała tak dzielnie, że nawet nie złoszczę się na syzyfową pracę. Moje trzysta metrów szczęścia zasypia. Najpierw drzewa ogałacają się z ubrania. Potem rośliny chowają się głęboko w ziemi. Wycinam suche patyki, które kiedyś były kwiatami. Wyrzucam resztki kolorowych kwiatów. I fotografuję się z tym gasnącym światem na Mickiewicza.

Gdzie zatem ona mogła upaść? W którym miejscu po raz ostatni świadomie dotknęła ziemi? Co pomyślała, gdy odchodziła? Jak to jest umierać? Hortensje w moim ogrodzie lekko kołyszą się na wietrze. Ich kolory zachwycają od początku: najpierw to zieleń, potem czysta biel, blady róż, ciemny amarant. Wreszcie rdzawy kolor ziemi. Nie pamiętam, podciąć, czy zostawić? Jestem taka bezradna, ale wdzięczna swoim roślinom, że wszystkie, poza jedną przyjęły się, cudownie rozkrzewiły, rosną. Powtarzalność ich kwitnienia daje spokój, że zawsze jest coś dalej.

Zbieram nasiona cynii, otulam byliny pięknej dalii, którą przywiozłam wiosną z Wielkiej Brytanii. Miała kształt pękatych słońc, kolor wykapanego w mleku różu. Lubiłam patrzeć na nią, gdy zachodziło słońce, przyjmowała je łaskawie w swoje liściaste ramiona, gdy kładło się na horyzoncie. Tymianek pachnie mi w dłoniach, uczę się zrywania go tak, żeby nie zjadać od razu. Moja miłość do tymianku wiąże się z uciekającym z organizmu żelazem, osłabieniem i anemią. Ciągle choruję. Dotykam wilgotnej ziemi, klei się do rąk, pachnie. To gdzie ona upadła, ta moja poprzedniczka? Czy intuicyjnie klękam w miejscu jej zaślubin z niebem?

Czasem myślę o nieznajomej, która zwolniła mi miejsce na działce. Ciekawi mnie, czy lubiła jesień, była szczęśliwa, kto ją kochał. Gdzie przebywała najchętniej, czy w centralnym miejscu mojej ławeczki od mamy, na której i ja lubię popatrzeć na świat? A może przeciwnie, tuż przy malinach, z boku, żeby nie wychylać się na pierwszy plan, nie chcieć za dużo, żyć skromnie. Nie żałować. I czym było dla niej myślenie o śmierci?

Śmierć. Oswajam się z tym słowem od tak dawna. Umieranie mojej babci, w rytm różańca, który mówiliśmy przy jej łóżku, gdy odchodziła. Babcia Reginka umierała o piątej rano, w blasku grudniowej świecy. W domu, tak jak chciała. Dziadek Antoni, otoczony bliskimi w szpitalu, słaby, z gromadką swoich dorosłych dzieci, które bały się powiedzieć ‚dziękuję za wszystko’, żeby nie prowokować losu. Mój tato, zanurzony w półśnie po nagłym wylewie, gdy dotknęłam jego chłodnej dłoni, drgnął, choć lekarze mówili, że mózg umarł. Niemożliwe, powtarzałam, okrywając go szpitalnymi prześcieradłami, on żyje. Potem i przedtem -Zosia, Marek, Basia, Bogdan, Wiesław. Lista imion coraz dłuższa.

I mama, która czekała, aż pozwolę jej odejść. Umarła w piątek, tuż przed trzynastą, była końcówka maja i ostatni moment na wysadzanie czegokolwiek na działce, którą przecież kupiłam także dla niej. Więc już razem, przy jej wielkiej pomocy stamtąd- robiłam nasady i rozsady, sadzenie i sianie. ‚Pani Tereska czuwa’- śmiała się Madzia, gdy jechałyśmy rowerami na niedzielne śniadanie na działce, i witały nas monstrualne kwiaty i cudowne warzywa.

Czy pani się nie boi?

Ach tak, boję się. Milczącego telefonu, pustych okien w mieszkaniu, wołania bez odpowiedzi, ubrań z blednącym zapachem, pozostawionych zdjęć, na których już tylko jeden wymiar i jedyny czas- przeszły. Braku i opuszczenia, smutku i tęsknoty. Reszta jest do oswojenia.