Kto nie wierzy- może policzyć. Tu jest sześć schodów. Rozłożyste, długie, tajemnicze. Ciągną się na kilkanaście dobrych metrów, a jeśli usiąść w pierwszym rzędzie, nie sposób objąć ich jednym spojrzeniem. Podobno mocno skrzypią, jakby chciały oddać kroki wszystkich, którzy tędy wbiegali, wchodzili, wpełzali, wdrapywali się. Dlatego nie używa się ich zbyt często. Schody muszą milczeć. Skrywać tajemnicę. Są dla wybranych. Naznaczonych.  Proszę państwa, jesteśmy w teatrze, a te stopnie prowadzą na scenę.

 

Potrzeba niewielu słów, by opisać przestrzeń, która jest za nimi. Scena, pusta teraz i wielka jest otoczona miękkimi ścianami, a w górze rysuje się sufit szyn z reflektorami, punktowcami i lampami. Nie robi takiego wrażenia jak te schody, którym przyglądamy się nieśpiesznie, uważnie, licząc zdrapania farby i dostrzegając nieważne szczegóły.

Są pomalowane czarną farbą, która nierówno wsiąkła w drewno. Siedzimy na widowni, w teatrze pulsuje cisza, przerywana charakterystycznym, ciepłym, wyraźnym głosem Aktorki. Tembr, miękki i łagodny wiruje w powietrzu nad nami, drobiny kurzu unoszą się i opadają na teczkę ze zdjęciami, leżącą na kolanach.

Czy ja wiem, o czym mogłabym Pani powiedzieć?

Danuta Kierklo zna te schody doskonale. Potrafiłaby bezszelestnie wejść na nie, także w absolutnej ciemności, stanąć w miejscu zapadni i zniknąć w teatralnej piwnicy jak zjawa. Zajrzałam do takiej książki wydanej z okazji pięćdziesięciolecia teatru i myślałam, że sobie przypomnę jakie role kreowałam w tym teatrze, ale nic tu nie ma. Nawet zdjęć…To  są wszystko fotografie  z poprzednich teatrów, trochę ich było w moim życiu. A właściwie najdłużej byłam w Białymstoku. Osiemnaście lat. Może i ja nie dbałam tak bardzo, a potem to już pomyślałam, czy to ma sens, tyle się tego uzbierało…

 Zatopiliśmy się w piątym, najdoskonalszym z perspektywy widza, rzędzie i patrzymy przed siebie. Nikt nie reżyseruje spektaklu, inspicjent nie podpowiada tekstu, scenograf nie upycha dekoracji. Jest cicho. Ale mimo wszystko teatr żyje. To tajemnicza przestrzeń, w której przysiadają na chwilę słowa, dźwięki, błyski światła. Tuż przy schodach- trwa monodram. W roli głównej -Aktorka

Tu taka malutka gromadka leży, ale gdybym chciała wyszperać wszystkie, które tam mam- to musiałybyśmy spędzić parę godzin na oglądaniu. Chyba już nie miałam ochoty zbierać, dokumentować …potem ktoś będzie miał tylko kłopot.

 Historia teatru- no właśnie- co pamiętać z tej rozległej, siedemdziesięciopięcioletniej tradycji? Występujących tu aktorów? Premiery teatralne? Wydarzenia czy anegdoty? Kto przypomina sobie jeszcze galerię władców  nad duszami widowni, reprezentowanych przez  Mariana  Mellera w 1944 roku, a potem miedzy innymi Irenę Górską, Jerzego Zegalskiego, Bronisława Orlicza, Andrzeja Jakimca czy Piotra Dąbrowskiego? Kilkunastu dyrektorów, blisko tysiąc premier. Wielusettysięczna widownia, szpargały z przeszłości poupychane w piwnicach i teatralnej bibliotece. Wrażenie ciągłości, choć przerywane odmienną wizją kolejnego dyrektora.

 Pamiętanie o aktorze? Nie było też takiej tradycji tu, w Białymstoku. Dlatego też trudno te 48 lat podsumować, zwłaszcza, że nie grałam cały czas. A poza tym od paru dobrych lat w teatrze nie pracuję. Tylko z przyszłymi ludźmi teatru. A w teatrze jestem obserwatorem (śmiech) Teraz naprawdę oglądam sztuki jak prawdziwy widz. Nie ciągnie mnie na scenę. Pyta mnie pani, czy chciałabym tam jeszcze raz się znaleźć? Nie.

 

(pauza) Nie. Doszłam do wniosku, że trzeba z niej  zejść  wcześniej, żeby widzowie nie powiedzieli mi ” taka stara- co ona tam jeszcze robi w tym teatrze?” A poza tym umówmy się, kogo to tak naprawdę w Białymstoku obchodzi? Aktor się liczy, kiedy jest w telewizji, kiedy się o nim mówi, jest na topie. Ma bogate życie rodzinne, towarzyskie. A o takim aktorze prowincjonalnym jak ja,  kto mówi? Na pewno się zmieniły czasy. Pojęcie aktorstwa się zmieniło. Bo w tej chwili ważne jest być gwiazdą, gwiazdeczką- rozumie pani? Nią się bywa od czasu do czasu, a aktorem się jest.

 

Historia teatru wyświetla się na multimedialnym ekranie, można obserwować je nie tracąc z oczu twarzy  Aktorki. Nawet pauza w jej monodramie ma swój rytm, styl, tajemnicę. Ilu ich tu było? Aktorów teatralnych, liczonych od „Uciekła mi przepióreczka” z  22 września 1944 roku czyli inauguracji Teatru Wojewódzkiego? Kto jeszcze pamięta, że w Białymstoku zaczynali  Halina Kossobudzka, Czesław Wołłejko, Hanka Bielicka, Lidia Zamkow, Zygmunt Kęstowicz. W jednej z audycji radiowych Igor Śmiałowski podkreślał, że byli tu „szalenie popularni”, a dowodom serdeczności i ciepła nie było końca. Dziesięć lat później, za dyrekcji Ireny Górskiej, aktorzy też trzymają się mocno. Aktorka i reżyser, ale przede wszystkim czteroletnia dyrektor teatru w Białymstoku napisze w autobiografii „Całe lata zwycięstw, nawet sławy. Czterdzieści sześć lat pracy! Siedemdziesiąt ról! Czterdzieści siedem wyreżyserowanych premier! Czy to mało?” Z lat reżyserii i dyrektorowania Jerzego Zegalskiego (od 1961 roku) tez zostały wspaniałe fotografie. Elżbieta Święcicka i Grzegorz Galiński – w sztuce Franciszka Zabłockiego ”Fircyk w zalotach”, Teofila Zagłobianka i Krzysztof Ziembiński w szekspirowskiej „Burzy”.  Mogę ich sobie jeszcze wyobrazić w aktorskich kreacjach zatrzymanych  tuż przed nami na scenie.  To za  podwójnej dyrekcji Zegalskiego(sześcioletniej od 1961  i trzyletniej od 1978) aktorzy grają w najpiękniejszych dramatach wystawianych w teatrze. A potem zjawia się  ona. Nasza Aktorka, która teraz, podczas nieco przydługich fragmentów z historią, cierpliwie czeka na swoją kolej, skoncentrowana na  gładzeniu teczki z fotografiami. Danuta Kierklo.

Bożena Frankowska tak pisała o  niej:Trzykrotnie, jeżdżąc po Polsce jako recenzent teatralny dwutygodnika Teatr, przeżyłam olśnienie nie z powodu inscenizacji, przedstawienia, dramatu, gry aktorów, ale słuchając mowy płynącej ze sceny – słów wypowiadanych z najczystszą dykcją, w całkowitej ciszy obejmujących we władanie przestrzeń teatru, przejrzystych, o niezmierzonej głębi tonacji, niemal namacalnej wyrazistości brzmienia i barwy. Po raz pierwszy doznałam tego uczucia, słuchając Mai Komorowskiej, odtwarzającej postać Odźwiernej w przedstawieniu Rzecz ludzka wg Gry snów Augusta Strindberga i wierszy Mieczysława Jastruna w Teatrze Polskim we Wrocławiu (27 II 1971, reż. Krystyny Skuszanki, scen. Władysława Hasiora). Pod wrażeniem głosu Mai Komorowskiej napisałam wówczas w recenzji: „była doskonałym uosobieniem kamiennego spokoju, cierpienia i gorzkiej wiedzy o świecie, pokazując w tej roli grę aktorki z jakiegoś nie znanego nam wielkiego teatru”. Tak mówiła Irena Eichlerówna Norwidowski wiersz o Warszawie w przedstawieniu Adama Hanuszkiewicza pt. Norwid (T. Narodowy, 9 X 1970) i słowa Matki wTrenie XIX Jana Kochanowskiego (Treny Adama Hanuszkiewicza, T. Narodowy, 16 V 1979). Coś podobnego przeżyłam w Teatrze im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, gdy do tego zespołu przybyła Danuta Kierklo. Było to dawno, a mimo to pamiętam zaskoczenie, olśnienie, przeżycie – związane ze sposobem mówienia aktorki ze sceny. Próżno dziś szukać na polskiej scenie takich doznań. Zmieniły się kwalifikacje, za które teatry cenią aktora. Szkoły teatralne takiego kunsztu mówienia słowa już nie uczą – w cenie jest głos idący płytko „z gardła” i efektowny krzyk. Nie ma też teatrów kultywujących słowo, jak ongiś Teatr Rapsodyczny Mieczysława Kotlarczyka czy recytacyjnie pojmowany teatr jednego aktora i małych form – kiedyś domena wielkich aktorów, a dziś pole dla popisu teatru amatorskiego, który jednak zaprzepaścił swoje świetne tradycje z czasów Jędrzeja Cierniaka i Lucjusza Komarnickiego.

 

Aktor. Aktorka. Materia do sklejenia, twór do zmiany, masa do lepienia, dodawania, odejmowania. Jeśli nie nazbyt oporna, może stać się kimkolwiek chce. Szczęśliwi, którzy umieją poddać się rękom mądrych artystów. Czas więc usłyszeć ponownie jej głos, on dziś jest wszystkim, co w teatrze ważne- obrazem, światłem, brzmieniem, scenografią i muzyką. Tak, muzyką najbardziej…  Kiedyś teatry, w których byłam, nie wszystkie, ale na pewno w Katowicach, to były ogromne zespoły, było tam siedemdziesięciu aktorów.  Samych kobiet było trzydzieści. Uśmiałam się dziś, jak policzyłam, że gdy opuszczałam zespól w Białymstoku było tylko dwadzieścia osób do obsady w spektaklach. Jak przyjechałam z Katowic to wiele rzeczy mnie zadziwiło, przede wszystkim, jak można obsadzać w takim małym zespole?  Jak można się sprzeczać czy walczyć o rolę, gdy jest się pewnym, że zawsze coś się zagra.

 

Niechętnie rozmawiam o swoim życiu prywatnym, ale była to najtrudniejsza decyzja, jaką musieliśmy podjąć z moim mężem.  Byliśmy bardzo dobrze ustawieni w Katowicach, grałam, wrosłam w zespół i w miasto, ale niestety. Córka nam zachorowała. I lekarz  powiedział, że trzeba zmienić klimat. Muszę pani powiedzieć, że tę decyzję podjęliśmy w ciągu jednej nocy. A ponieważ miałam w Białymstoku moich braci, a w Augustowie rodziców, no to gdzie? Oczywiście tu.  Przez kilka miesięcy nie pracowałam w teatrze, związałam się ze  szkołą  teatralną, która wtedy mieściła się na Akademickiej. Po jakimś czasie zwróciłam się jednak do dyrektora Zegalskiego z prośbą  o angaż. Był bardzo zdziwiony,  powiedziałabym-  nawet podejrzliwy,  że z większego teatru, który się liczył w Polsce przyjeżdżam- właśnie  tu. Na prowincję. Musiałam poprosić dyrekcję  Teatru Śląskiego, żeby przysłali mi wszystkie dokumenty.  Chciałam  żeby się przekonał, że nikt mnie stamtąd nie wyrzucał.

 

Klaudyna, Kleopatra, Ania z Zielonego Wzgórza, Klara, Celia, Haneczka- w strojach z epoki, perukach, współczesnych kostiumach, aż żal, że te zdjęcia ogląda już tylko jeden widz. Próżno szukać ich w internecie. Może są gdzieś nad nami, w archiwum teatralnym, kto wie? Czas na didaskalia (tylko jak je pokazać?)

Prowincja. Teatralny grajdołek, gdzie nie ma prawa  powstać nic wartościowego.

Literacka dziura. Muzyczny zaścianek, dziennikarski wygwizdów.

Artystyczne „nic dobrego”, choć spektakl, nieruchomo odgrywany z Aktorką na widowni  Dramatycznego – robi wrażenie. Głos buduje emocje kryjące się w słowie „prowincja”

 

Zaangażowałam się za dyrekcji Zegalskiego. Potem z Białegostoku przeniósł się do Katowic, do mojego dawnego teatru. Ludzie byli tam szalenie zadowoleni. A przecież pan Zegalski nie miał tu, na prowincji,  zupełnie uznania. Pamiętam  recenzje po „Weselu”, które reżyserował w Białymstoku.Zostaliśmy zaproszeni do Opola na Festiwal Sztuk Klasycznych i na scenę Teatru Narodowego. Wszędzie się ten spektakl podobał, a tutaj krytyka mówiła nie najlepiej. Czy dlatego, że tak dużo tu zawiści? Ktoś powiedział, że w Białymstoku wycina się drzewa, żeby krzaki miały więcej słońca. I coś w tym jest. Jeśli ktoś chce sobie wyobrazić prowincję, to właśnie tak. W dużych ośrodkach człowiek się z czymś takim nie styka.

Widać, że to ciągle boli, Aktorka przerywa, milknie. Cisza pustej sceny wierci w uszach. Wie pani, już nie mówię o nas starych, ale o młodszych aktorach.  A ci są często  odsunięci od grania. Czasem z powodów poza aktorskich, ktoś jest niewygodny, domaga się czegoś więcej, potrafi lepiej walczyć o swoje prawa. Więc dyrektor odsuwa go, twierdząc, ze nie ma dla niego roli.Pamiętam wyniszczający przypadek jednej z aktorek, zaangażowała się w konflikt z dyrektorem. Była przewodniczącą  związku zawodowego. Ukarał ją odsunięciem od sceny.Po prostu, przestała występować. Kiedyś, gdy  przyjeżdżał obcy reżyser do Katowic, oglądał kilka spektakli i sam wybierał. A tutaj przez lata nie wiedziałam co decyduje. Może i dobrze, kilka stresów mniej.

 

Ostatnie akapity tekstu  Aktorka oddziela długimi pauzami. Gdzieś, za ścianami teatru, w naturalnej scenerii drzew, trwa w najlepsze inny spektakl. Światło południowego słońca rozlewa się na placu, tonuje je cień wysokich drzew stojących dookoła budynku. W roli halabardników  matki siedzące na ławkach, zerkające na dzieci (te obsadzone w roli głównej) mokre od kropel z fontanny. Reżyser-los- dopuszcza wszystkich na teatralną scenę. W pamięć zapadają najlepsi aktorzy.

Oto chłopiec, cały mokry, nogą przytrzymujący jeden z otworów z ziemi, skąd tryska woda. Spektakl zagrany, aktorzy usatysfakcjonowani.

 

Łatwiej odnaleźć się w dużym zespole. W Katowicach  pięćdziesiąt lat temu były trzy sceny.    Ale nie tylko na nich grałam, bo odkryłam jeszcze jedną- radiową. Nagrałam wiele pięknych słuchowisk. Czy było łatwiej? Na pewno mogłam się rozwijać, ćwiczyć.  Ot, choćby i teatr telewizji. W Katowicach był jeden z większych ośrodków, wielu wspaniałych twórców z Warszawy, czy Krakowa reżyserowało u nas. Warszawa nie miała jeszcze takiego studia na Woronicza. Wszystko szło na żywo.  Amator tam nie mógł zagrać, bo na pomyłki nie było czasu. Były tylko trzy kamery, często trzeba było raczkować między kablami, żeby zdążyć przejść do następnej dekoracji. Tam zaczęła się współpraca z Lidią Zamkow, zetknęłam się z aktorami krakowskimi, pamiętam Anię Dziadek, wie pani kto to? Anna Dymna, młodziutka, śliczna dziewczyna, debiutowała wtedy w telewizji, była na pierwszym czy drugim roku studiów aktorskich  w Krakowie…To był bardzo dobry okres w moim życiu, musi pani przyznać, że miałam prawo się podłamać po przyjeździe tu. Ale tak to bywa w tym zawodzie. Dostawałam role, a aktor ma grać w tym, co mu reżyser czy dyrektor przydzieli –  raz lepiej, raz gorzej. To nie znaczy, że ja się nie angażowałam, bo z Andrzejem zagrałam w kilku ładnych sztukach, między innymi w „Krzesłach” Ionesco. Miały ogromne powodzenie, ale  jakoś nikt poza Białymstokiem nie pokazał tego, nie zauważył tego, że to było bardzo dobre. Zagraliśmy w „Jonaszu i błaźnie” dwa dni przed stanem wojennym w warszawskim Ateneum Po kilku latach  znany recenzent teatralny, potem dyrektor Teatru Dramatycznego w Warszawie, Gawlik, powiedział,  że były bardzo, bardzo dobre opinie o tym spektaklu.

A u nas nic.

A z Andrzejem grało mi się znakomicie, był ogromnie kontaktowym człowiekiem i podchodził do tej pracy podobnie jak ja. Nadawaliśmy na tych samych falach.

 

Jest taka scena z „Ciotuni” Fredry, która za pomocą imaginacji może zmaterializować się na scenie. Wnętrze mieszkania, a w środku oni – jedno za drugim, w czerwonych, efektownych podomkach, białych czepkach na głowach, nachyleni nad niewidocznym rekwizytem na podłodze. Te same pozy, zaangażowanie, podobna emocja na twarzy. Aktorka i on. Andrzej Karolak- statysta, inspicjent, rekwizytor, dyrektor. Aktor. Jak wszyscy, gdy odszedł z teatru zapadł w ogólną niepamięć, choć przecież przez swoje długie, 44 –letnie życie w Węgierce zagrał ponad 150 ról.  Kto pamięta oglądaną z balkonu sztukę „Ja, Feuerbach” Tankreda Dorsta z wybitną rolą Karolaka?   Pusta scena, pusta widownia i on, trzymający w dwugodzinnym napięciu. Przez rok przygotowywał się do tej roli życia, nie tylko ucząc skomplikowanego i długiego tekstu,  ale też ćwicząc ciało. Ciało musi być sprawne i oddane zamysłowi artystycznemu-mawiał.

 

Gdzie jest ten miniony czas?  I co jest takiego w niektórych spektaklach, że pamięta się je przez całe życie? Aktorka wyczuwa pytania, uśmiecha się, wstaje, podchodzi do sceny i gra przed niewidzialną widownią

 Każdy spektakl jest inny, dlatego, że publiczność jest inna. Widz jest ważną częścią aktora, kiedy kurtyna idzie do góry, od razu czuje się jak się  zagra. Czy widzowie lubią niedomówienia, czy są skoncentrowani, czy rozstrojeni. Dobieram lub  przenoszę wtedy akcenty na inne słowa, zdania. A poza tym reakcja widza, jego milczenie, szmerki są szalenie ważne.  Pojechaliśmy kiedyś do Jeleniej Góry  na gościnne występy do spektaklu „Widok z mostu” Millera, tam grałam jedna z głównych ról, Katarzynę. W skrócie-mąż ciotki zakochuje się we mnie, ale moja bohaterka jest młodą dziewczyną i wybiera młodego.

 Edi popełnia samobójstwo, pada w ramiona Katarzyny, ona trzyma go w objęciach i tak się kończy sztuka. Słowami „Edi, Edi, ja nie chciałam”.  No i kurtyny nie ma, elektryk już  gotowy, by  zgasić światło  i nagle do proscenium podchodzi taki tęgi jegomość, nachyla się do mnie i mówi, „Ty świnio, teraz to już za późno!” Mój nieboszczyk ożywa w moich ramionach,  koledzy w kulisach pękają ze śmiechu, publika ryczy, gwiżdże i śmieje się do rozpuku. A w dodatku elektryk zapomina zgasić światło.  Tak też może skończyć się sztuka. Musieliśmy trzymać twarz, bo to przecież teatr. Teraz kiedy wychodzę z teatru często widzę nieporadność reżyserską, w Białymstoku nie dba się o to, żeby sprowadzić dobrych twórców. Od kogo się mają  uczyć? Przecież tylko od dobrego reżysera czy pedagoga, ale nie zawsze dyrektorom zależy, żeby kształcić swój zespół

 Jaka szkoda! Przecież teatr to miejsce, do którego trochę nieśmiało przychodzimy, by wykapać się w niecodzienności. Tu możemy zafundować sobie przygodę, najprawdziwszą w swej fikcyjności. Do gruntu realną i tak poruszającą naszą wyobraźnię, że ta z wdzięczności wymaluje stały obraz w  pamięci. Na zawsze. Scena z jegomościem, który za bardzo wczuł się w odgrywaną sztukę –też w niej zostanie. Edi, Aktorko i widzu, witajcie w teatralnej scenerii naszej wyobraźni! Sześć schodów przed nami prowadzi do przedziwnego miejsca, gdzie dzieje się metafizyka. Oto jeden człowiek i słowo. I tylko tyle. Reszta jest ułudą.

Kiedyś od nas wymagano pięknego słowa, czasem do przesady. A teraz? Jak ganiam po tych kanałach i słucham aktorów, z reguły ciągle tych samych, zadaję sobie pytanie: czy ja głuchnę?  Bo nic nie rozumiem.  Co oni mówią? Za moich czasów powiedziałoby się o takim aktorze że jest pierwszorzędnym, bo słyszy go tylko pierwszy rząd. Albo kamizelkowym, bo mówi do kamizelki. Skąd to się bierze, że młodzi mówią półgębkiem, takie blebleble? Przecież to są aktorzy! Moim studentom, z którymi pracuję nad interpretacją wiersza( gdy czasami burczą) mówię „nie rozumiem”, poprawiają się i tak pracujemy aż do skutku. Kiedy grałam jeszcze w Wierszalinie, z balkonu zszedł Piotr Tomaszuk i powiedział: „Niech mi pani zdradzi tajemnicę, na czym to polega, że pani mówi normalnie, nie za głośno, nie za cicho – i ja wszystko słyszę?”

Odpowiedziałam „Emocje to nie jest wrzask, to jest nasze wnętrze. A wrzask to puste emocje”  Zdziwił się bardzo. Byłam w jego wymagającym teatrze dwa lata, już na emeryturze.

 

A więc nie teoria i metodyka ćwiczeń ruchowych według Leona Góreckiego, nie mozolne ćwiczenie sprawności? Nie atrakcyjna, nowatorska scenografia? Nie muzyka, a także nadzwyczajna wizja reżyserska sztuki? Tylko aktor? albo Aktorka, jak teraz, i jej opowieść tworzy teatr? Aktorstwo nie polega na tym, żeby grać siebie. Bierzemy teraz amatora  do telenowel, który  gra w malutkich scenkach. I już czuje się  aktorem.  Ale jak  wstawi go się do spektaklu w teatrze, nie pociągnie, o nie. Bo on może zagrać tylko samego siebie.

 

 

Sześć schodów. Prowadzą na targ, gdzie sprzedawane są przyprawy – słodkie i ostre, pikantne i łagodne. Smaczne, egzotyczne. Znane i obce. Albo do labiryntu. Są tu liczne drogi, które można wybrać na krótką chwilę. Mogą wieść też do świątyni. Przecież katharsis to słowo teatru, oczyszczenie, uwolnienie od cierpienia, skrępowanych myśli i wyobrażeń. Piotr Tomaszuk po wielokroć miał poczucie, że uczestniczy w misterium, święcie.  Zwłaszcza, gdy  praca nad spektaklem  domykała się, a aktor zaczynał wydobywać z siebie takie sensy, które i jego samego poruszały. Andrzej Jakimiec, wieloletni dyrektor tej sceny, teraz zatopiony w zbiorowej niepamięci, zawsze mówił o swoim teatrze jako przestrzeni dla efemerycznego słowa w doskonałej postaci. Otoczonego dźwiękiem, światłem, gestem.

Teraz razem z Danutą Kierklo jesteśmy w samym środku uśpionej teatralnej scenerii. Gdzie przed sześcioma schodami, a więc wcale nie na scenie- wspomnienia zmaterializowały się w trudną sztukę monodramu. Rodzącego się w najważniejszej relacji:  w głowie Aktorki i w zmyśleniu widza.

Reszta? Reszta jest milczeniem.