Jak pachnie koniec?

Gdyby móc przenieść się w tamte, nieodległe czasy, można byłoby wskoczyć na moment do Hali Mięsnej. Doskonale pamiętam słodki zapach śmierci unoszący się nad ubranymi w biało-krwawe fartuchy rzeźnikami.

Albo do jednej z pierwszych galerii. Jeszcze do tej pory, na Bema, snują się cienie dawno zapomnianych słów: kaletnik, zecer, zdun, rymarz, czapnik. Słowa materializują się w postacie, mają zmarszczone twarze, a nawet imiona. „Obróbka futer i skór na odzież. W. Pietruk”. Pan Waldemar, jak litery na tablicy, od czterdziestu pięciu lat pochyla się nad galanterią damską i męską bezimiennych już klientów, których zapachy ciągle można odszukać w zapomnianych ubraniach, torebkach, butach.

Koniec pachnie też łąką, która zaczynała się tuż za nowiutkimi blokami, pospiesznie stawianymi na Słonecznym Stoku. To tam z rodzicami zamieszkała Magda, Mačka- chorwacki kot, w ekstrawaganckim jak na owe czasy, dwukondygnacyjnym mieszkaniu. Na łące, tej i wielu innych dookoła miasta, zapach rywalizował z kolorem: nie wiadomo było, co zwycięży. Zwłaszcza, że Bażantarka zakwitała krwistymi storczykami, które wraz z kruszczykami błotnymi tworzyły zabawną parę. Pyszniły się, zadzierając kwiecistego nosa nad pospolitą trawą. A ta druga pachniała, moszcząc się w chłodzie mokradeł, torfowisk, bagien i kryła utrapienie ortograficzne na klasówkach-piegże, pokrzewki, rudziki, kszyki i łozówki.

A może koniec najdoskonalej został opisany w zżółkniałej, pachnącej wilgocią i starą drukarską farbą Gazecie Współczesnej? 16 czerwca trąba powietrzna, która przeszła przez Białystok zostawiła trwały ślad w psychice Bazylego Golonko, portiera ze spółdzielni „Wzorcowa”, który z nudów obserwował świat z okna swojej drewnianej stróżówki. I pilota Wilgi, wykonującego jak zawsze oblot przeciwpożarowy. A także Dariusza Żarskiego, kierowcy autobusu, jadącego od wschodu miasta. Wszyscy widzieli lej trąby, zrywane dachy, przewracane ciężarówki, drzewa jak zapałki rzucane na zakład produkcji sklejek.

Trąba powietrzna widowiskowo wessała autobus w wirującą chmurę odłamków, aż dziwne, że wwiane do środka cegły czy drzewo spadające na dach, nikomu nic nie zrobiły. Tak, to mógł być prawdziwy koniec, mówi Magda i pochyla się nad laptopem.

Magda nie mieszka już w rozkrzyczanej od ptaków części miasta, tamten czas minął, zapomniał odbić się wyraźniej tak w teraźniejszości, jak pamięci. Musi przypominać go sobie fragmentem gorączkowego opisu z gazety, którą ktoś, po latach, przepisał i umieścił w sieci. Tekst zagubił się jak przyjaciel z przeszłości, ale wystarczą dwa słowa i enter, by odszukany, wzbudził krótką ciekawość:„Przecinając ulice Dojlidy Fabryczne, Ciołkowskiego, Zagłoby i dzielnicę przemysłową trąba mija ostatnie domy i wpada wprost w szklarnie przy ul. 27-lipca. Rozbija szklane tafle, rozrzucając ostre odłamki i zgina żelazną konstrukcję. Pracownicy, ostrzeżeni komunikatem z radiowęzła, w porę uciekają. Pozostawiwszy po sobie kilkukilometrowy pas zniszczeń trąba opuszcza miasto”

Ale nie był.

Jak w każdej życiowej historii zdarzał się jeszcze kilka razy, cierpliwie ćwicząc stopniowanie.„Przypomnijmy zasady– mówiła drobna, miła polonistka- rozróżniamy trzy stopnie ze względu na intensywność i wielkość opisywanej cechy: stopień równy od słowa banalny (tu Magda po latach umieściła zdradę męża), stopień wyższy – banalniejszy (zmieścił się w nim rozwód), i najwyższy, oznaczający głębokie nasilenie cechy w danym zbiorze”.

Najbanalniejszy stał się fakt, że w języku polskim stopniuje się tylko przymiotniki. A Magda chciała robić to z innymi słowami rozsypanymi dookoła. Wieczność, dlaczego, synek, nie.

Czas przeszły, dokonany– mówi po latach bezładnego układania zdań. W dodatku stracony, bo kiedy zaczęły jej wreszcie wychodzić, z zachowaniem składni, sensu, znaków innych niż przestankowe (na nich uczyła się łapać oddech), powód ich składania opuścił jej poprawnościowe prawidła polszczyzny oraz rodzinę.

Zdanie, które układa po latach ma tylko jeden element z dawnej układanki. Kropkę.

Ta historia ma swój równoległy tor, gdy Magda, ta z XXI wieku, zanurzona w przebaczeniu (nie do końca), parząca kawę( właśnie wciska przycisk w nowoczesnym ekspresie), zaciąga pluszowe, grube zasłony w swoim pięknym mieszkaniu w centrum miasta, inna Mačka na dźwięk słowa koniec, otwiera pudełko listów z charakterystycznymi niebiesko-czerwonymi obwódkami dookoła zagranicznej koperty. Marzenie każdego Polaka w czasach, do których teraz powraca. Mówi powoli, ważąc słowa, jakby precyzyjnie odmierzała proporcje pomiędzy dwoma czasami- tym i tamtym.

A więc koniec?- zaczyna. Bo to ma być opowieść, o chwili, okolicznościach i miejscu, jak podaje Wikipedia, czegoś, co finiszuje. Usypia, zamyka. Znika. Zacznę od metafory– mówi po chwili. Od snu

Przyśnił jej się którejś nocy i potem wyobrażała go sobie już tylko w jeden sposób.

Mgła, w której nagle zatonął świat, paraliżowała wszystkich, i powoli, podnosząc się do góry, wyłączała życie. Najpierw przestawały ruszać się stopy, potem kolana, ręce. Samochody stawały nieruchomo. Drzewa przestawały się kołysać na wietrze. Mgła pożerała wszystko od dołu. Nikt nie krzyczał, chociaż wszyscy wiedzieli, że nadszedł czas.

Koniec świata.

Ten sen tak bardzo zakotwiczył się w mojej pamięci, że zdeterminował to, co było potem. Cichy, spokojny, normalny. Rozwiązywał wszystkie problemy.

 Magda uśmiecha się na wspomnienie tamtego czasu, snów, mrozu, samej siebie sprzed prawie trzydziestu lat. Marzyła o tym końcu świata, bo przed nią było nieznane- matura i studia lekarskie. Zwłaszcza paraliżowało ją zdawanie na medycynę, bo od lat najpierw dostawali się na nią ci z dobrym, robotniczo-chłopskim pochodzeniem. Rodzice Magdy, tak się nieszczęśliwie złożyło, byli „inteligencją pracującą”, co w krajach realnego socjalizmu nie przynosiło ani pieniędzy, ani zaszczytu. Nie wspominając o punktach gwarantujących równy start.

Stąd to oczekiwanie na koniec świata

 Był rok 1987, zaczął się zimą stulecia, nie tylko w Białymstoku zaspy miały wysokość prawie dwóch metrów, a temperatura spadała poniżej trzydziestu stopni. Właściwie, koniec świata był jak najbardziej uzasadniony: zapowiedziany i potwierdzony. Kiedy nie nadszedł- 4 maja 1987 roku, Magda nałożyła białą bluzkę z modnym w tamtych czasach szerokim kołnierzykiem, wywiązała efektowną kokardę pod szyją i z westchnieniem rezygnacji, poszła pisać wypracowanie maturalne. Pięć godzin później, wymęczywszy wszystkie zapamiętane przez cztery lata szczegóły roli pisarzy doby staropolskiej w kształtowaniu postaw obywatelskich Polaków, z kolegami z klasy salutowała ogromnemu Leninowi. Władza zadbała, by jego twarz pojawiała się w różnych miejscach miasta na ogromnych stelażach. Była okrągła rocznica rewolucji 1917 roku, więc i on sam, nieśmiertelny i ogromny stał i prowokował. Zazwyczaj pilnował szturmówek, pośpiesznie wyrzucanych po pochodzie pierwszomajowym. Magda i inni maturzyści żałowali, że nie jest trójwymiarowy i nie można usiąść na jego długiej ręce, wskazującej jedynie słuszny, socjalistyczny kierunek. Zmieściliby się wszyscy, trzydzieści dwie osoby.

Teraz przygląda się temu czarno-białemu zdjęciu z sobą samą na nim. Awatar młodości, szepcze pod nosem, gładząc podwójnie zagiętą fotografię. Fotek jest jeszcze kilka: zasypana śniegiem ulica z drewnianym domem w środku miasta. Tuż za nim, przy Wzgórzu, wtedy nie świętej, Magdaleny, dwa ówczesne toi-toie, drewniane wygódki bezwstydnie ustawione w publicznej przestrzeni tak, żeby każdy mógł zajść za potrzebą. Czterech chłopaków na zdjęciach stoi w kolejce, dla żartu pokazując, jak nagłą.

Ta Mačka jeszcze nie wiedziała, że koniec może być nieskończony i wielokrotny. W przeciwieństwie do drugiej, zamykającej drzwi słowom, które jak latarnie oświetlały małżeńskie życie. Koniec, jak koniec. Bolało, czas minął i tylko czasem dźga coś w sercu, gdy myślę o moim synu– mówi Magda.

Mačka , której pierwszy koniec świata był trochę nieudany, niezbyt ostateczny, nauczyła się go bagatelizować. Po latach, znalazła w Internecie obraz Wielkiego Rozdarcia. Całe popołudnie, zafascynowana, oglądała zapętlone rozszerzanie Wszechświata i ostateczne rozerwanie galaktyk, planet, atomów. Patrzyła na tę powtarzającą się co chwila symulację komputerową. Obraz, piksele, ciemność. I znowu- galaktyka w całości, rozszczepiona, zniknięta. To ją uspokoiło. Koniec świata może być nieskończony –pomyślała z ulgą. I, całkiem przyjemny.

 Rzeczywiście, wtedy niektórzy czuli, że jakieś wielkie zakończenie wisi w powietrzu, dołączali się do tego astrologowie kreślący mapy nieba. Merkury, Wenus, Ziemia i Mars ustawiły się na jednej linii ze Słońcem. Ta parada planet nie zwiastowała niczego dobrego, pesymiści wróżyli wojnę atomową, burze słoneczne, najazd iluminatów, Ufo, przebiegunowanie, chemitrails- a tymczasem tylko runął komunizm. I to dwa lata później.

Więc rok 1987 przeszedłby niezauważony, a potem, w kontekście wyszarpanej wolności, także zapomniany. Ale jesteśmy w samym środku opowieści, pachnie kawa, automatycznie zmielona w ekspresie, jest pudło i Magda.

Zabrakło mi trzech punktów i najbliższy rok musiałam spędzić jako salowa w jednym ze szpitali, ale rodzice postanowili podarować mi podróż marzeń-mówi – Zgubę w Szkocji. Właściwie minęło tyle lat, a wszystko, co najważniejsze zamknęła w tym pudełku. Jest ładne, duże, ozdobne, pełne papierów. I nie chodzi tylko o tamtą podróż i to, co dalej, ale też o jej młodość, życie, ją samą. To był ubiegły wiek, czas jak ze starej legitymacji szkolnej, znalezionej w zapomnianych szpargałach. Przez trzydzieści lat myślała, że ta historia skończyła się, zanim naprawdę zaczęła. A tymczasem właściwy koniec świata przesuwał się, co roku dalej i dalej.

  Wszystko zaczęło w małym szkockim miasteczku, pojechała tam z przyjaciółką ze szkoły. Najpierw lot do Londynu, pierwsza samodzielna podróż na Zachód. Szalałam z dumy i niepokoju: jak tam będzie? Czy dam radę? Wychowana w sklepach z pustymi półkami, podsłuchiwanymi telefonami, nieodległym stanem wojennym, który skończył się rok wcześniej. Na farmę, gdzie miała zbierać maliny, dojechały najpierw autobusem, a potem doszły pieszo. Podobno ktoś puścił plotkę, że Polki są bardzo ładne i wszyscy- łącznie z Igorem- czekali na nie.

Stan zakochania, z podwyższonym poziomem fenyloetyloaminy utrzymuje się tylko kilka lat. Ale to nieprawda. Widać, jak z każdym przywołanym obrazem Igora powstają nowe pętle w neuronach Mački, mimo, że to się zdarzyło tak dawno. Od razu strzał- uśmiecha się. Było kilkanaście osób, ale i tak wiedziała, że to on wypala jej znamię. Mam je opisać?- milknie na długo, na tyle, żeby rozpanoszyła się wyobraźnia i metafory.

Niechętnie (sentymentalizm) idziemy tą drogą. Jest płonący dom. W oknie pokoju żarzy się rama, a po drugiej stronie jest coś bardzo cennego, co spłonie, jeśli się tego nie uratuje. Nie myślisz o rozsądku, kiedy dopuszczasz do głosu emocje. Zbieraliśmy maliny, wychodziliśmy całą grupą, chodziliśmy na basen, zawsze obok siebie.

Wchodziła w to okno, za każdym razem, gdy na nią patrzył. Stała z dłonią włożoną w płonące okno i czuła jak Igor wypala ślad w sercu. Tak musiało być. Musiałam pojechać do Blairgowrie i tam go spotkać –dodaje-Ujął mnie tym, że był zupełnie inny niż chłopcy, jakich znałam. Miałam 19 lat, byłam drobną, nieśmiałą dziewczyną z komunistycznego kraju, on- ekspresyjnym, pewnym siebie, emocjonalnym Włochem. Zapytał od razu, czy będę jego dziewczyną, co mnie ogromnie skrępowało, bo u nas, w Polsce, najpierw trzeba było spotkać się parę razy „na próbę”, zanim zaczęło się ze sobą chodzić. Ale wpadała w te jego oczy jak zakochana wariatka, więc zgodziła się. Tak, powiedziała, będę. A on na to, że chce ją uściskać. Rozumiesz? Pocałować. Wydukałam swoim szkolnym angielskim, że musimy się lepiej poznać.

 Była przerażona, a hipotetyczny dyrektor Szkoły Dobrego Wychowania pękał z dumy. Oto najlepsza wychowanka –bijmy brawo. Może ujęła ją jego zachłanność, jakiej nie poznała w Białymstoku? Zachłanność to byli stacze, kolejkowa recydywa, czyli ludzi za pieniądze rezerwujący sobie miejsce w nocnym ogonku do sklepu. Ustawiali się o drugiej nad ranem, aż do otwarcia sklepu, żeby kupić cokolwiek i sprzedać z zyskiem. Zachłanność to był Pewex na Wesołej, kupiłaby tam wszystko, ubrania, gumę Donald, a nawet kolorowe konserwy i wódkę w pięknych, niespotykanych opakowaniach, które -wszystkie puste- widziała kiedyś na regale, u koleżanki przy Piastowskiej.

A tu – śniady chłopak z Włoch zachłannie brał w ręce jej twarz i ( o zgrozo, panie dyrektorze) przymierzał się do całowania.

Mačka wtedy i Magda teraz zamykają oczy, trzeba zanurzyć się w gorące lato z tamtych czasów. Oto Piłkarze Jagiellonii grają historyczny mecz –po raz pierwszy w I lidze. Kibicuje im trzydzieści pięć tysięcy widzów, tłum szaleje, gdy piłka w siódmej minucie wpada do bramki łódzkiego Widzewa. Goool!

Stadion Gwardii Białystok przy Jurowieckiej już tego nie pamięta. Radość rozwiał wiatr. W miejscu bramki stoi znak wjazdu na parking wielkiej galerii handlowej. Też trzeba być czujnym, żeby… trafić. Nieco dalej zaczyna się budować cerkiew – miniatura, na wzór bizantyjskiej świątyni Hagia Sophia z Konstantynopola. Jest prawie identyczna jak ta z Istambułu, jednak w mniejszej i bardzo polskiej skali. Nad głowami baloniarze zdobywają Mistrzostwo Polski w Zawodach Balonów na ogrzane powietrze.

Gazeta publikuje zdjęcie Elżbiety Dąbrowskiej, którą dziennikarz spotkał aż w podhajnowskiej Chytrej. Autobusem przyjechała w odwiedziny do teściowej, a wraca pociągiem, bo jest nowy dworzec. Wartość przeprowadzonych w czynie społecznym dniówek przekroczyła sto tysięcy złotych. Pani Elżbieta macha do nas ręką. W drugiej niesie szmacianą siatkę z ogórkami. Opłacało się przyjechać.

Magda nie zapomni pierwszego kontaktu z Zachodem. Poczuła, jakby ktoś rozwinął przed nią barwną planszę miasta. Wszystko było nieoswojone, dziwne, ale zniewalające, urocze. Czuła się jak Piotruś z ulubionej bajki „Zaczarowany ołówek”, gdzie świat można było zmaterializować za pomocą kredki od krasnoludka. Uświadomiła sobie, że do tej pory jej życie było zapakowane w szary, pognieciony papier. Ale nie złościła się na to doświadczenie, denerwowało ją tylko, że nawet nie umiała sobie wyobrazić nic innego. Zanim powitała nas Szkocja, rodzice musieli dosłownie stanąć na głowie, żeby załatwić nam wyjazd- –wspomina– Oparło się o ministerstwo. Potrzebne były pieniądze, znajomości na wysokich szczeblach, zapewnienia, że wrócę. Przyszywana ciotka w Anglii, Bóg wie, co jeszcze. Całkowita egzotyka, jakby miały ruszyć (nomen omen) na koniec świata. A wybierały się wprost w krzaki malin, które miały zrywać. Na szczęście znałam język. To też zasługa taty, że oprócz rosyjskiego, którego bezskutecznie i na siłę uczyłam się jedenaście lat, załatwił mi prywatne lekcje angielskiego już od podstawówki. Powtarzał mi, żeby się tym specjalnie nie chwalić, bo nie było to dobrze widziane.

Więc rozmowa z Igorem była dla niej pierwszym testem składni w języku, w którym zapisano najpiękniejsze słowa miłości. „Love is a deeper season than reason:my sweet one (and april’s where we’re)” – powtarzała za cummingsem, miłość ma w sobie mniej mrozu niż rozum; miła zrozum (kwiecień jest w cieple twych rąk).  A teraz podobnie mówiła do niego, swojej pierwszej miłości, Zachodu, początku świata. Był, jak w poezji Szymborskiej, z uchylonej jeszcze chwili. Mówiła, sprawdzając się w tym angielskim, który brzmiał inaczej, miękko, ciepło, jasno, czysto.

Sama czuła się inna. W ciszy dziwiła się, że nikt nie ma tu kartek na mięso, nie stoi w kolejce bez względu na to, co rzucili do sklepów. Że papier toaletowy nie jest reglamentowanym powodem dumy. Że słowo duma może mieć inne znaczenie.

To ona była dumą, gdy pytał:”Dlaczego wszyscy mówią na Ciebie Mačka?” Madźka- poprawiała– to zdrobniale Magdalena.

Śmiał się i mówił, „Jesteś moim chorwackim kotkiem, tak właśnie nazywamy je w moim domu”. Dom Igora był wszędzie, czuł się Włochem z korzeniami wyjątkowo pięknej, jak potem sprawdziła, Dalmacji. Domem był dla niego później ocean, gdzie nurkował na bezdechu i niebo, gdy oblatywał świat. A tam, w Szkocji, ona była jego kamienicą z attykami. Na tej farmie mieszkaliśmy oddzielnie, razem ze mną-przypomina sobie detale– było kilka studentek z całego świata, z jednej strony, chłopcy kilkaset metrów dalej. Farmer powiedział, że jak zobaczy ich w pobliżu płotu lub ogródka domu, w którym mieszkamy, będzie strzelał z wiatrówki. Wiesz, ja nawet w to uwierzyłam, ostatecznie Anglia i Szkocja wydawały mi się tak dzikim krajem, że kula w tyłku mogła być tu normą. Bałam się, kiedy Igor rzucał kamieniami w okno, zza tego płotu, żebym do niego wyszła. Szliśmy wtedy daleko w pole, żeby nas nie zastrzelił.

W tym samym czasie, w alternatywnym świecie, który opuściła Magda, region żyje budową zbiornika na Siemianówce. Łuka za moment przestanie istnieć, zostanie zalana wieś, w której mieszkało się od połowy siedemnastego wieku. Tu koniec świata pojawi się naprawdę. Ale na razie rozkłada się go na raty. W przenośni i dosłownie- domy wyprzedawane są w przetargach, ceny topnieją ze stu dwudziestu tysięcy do trzydziestu za mały drewniany budynek mieszkalny. Nikt ich nie chce, więc zostaną na zawsze zatopione pod wodą.

Zostanie tylko krzyż, przy którym nawet rozjazd był trójkątny, tak, by można go swobodnie objechać w każdą stronę świata i pomodlić się. Parę fotografii, na których kilka osób rozpozna swoich dziadków i –jak przysięgają świadkowie- ciemniejsza ziemia, na znak końca świata.  Nie mówiliśmy wiele. Żyliśmy chwilą. Ja nawet nie wiem, czy czułam wtedy głód, jaką normę zrobiłam na tym malinowym polu, czy miałam podrapane od krzaków ręce, czy zarobiłam jakieś pieniądze. Nic-wspomina Magda.

Czas się zatrzymał na wspólnych spacerach z Igorem, szliśmy na skraj tej farmy, siadywaliśmy na wzgórzu i patrzyliśmy na drugą stronę malutkiego jeziora, po którym pływały łabędzie.

Ma czarną dziurę w pamięci, gdy myśli o tamtejszym tu i teraz. Ale z najdrobniejszymi szczegółami potrafi opisać wrzosowiska, dzikie, puste tereny szkockich pól jak z filmu „Highlanders”. Patrzyli na odbijający się w tafli zamek. I wyobrażali sobie mieszkających tam ludzi. Cieszę się, że nie miałam wtedy ze sobą aparatu fotograficznego, który spłaszczyłby tę moją wizję domu, a po latach może i nawet obnażył jego zwyczajność.

Zatrzymany w kadrze obraz odziera ze wspomnień. Widzisz już tylko to, co zatrzymał pstryk! Defekty architektoniczne, landszafcik jak z podrasowanej pocztówki. A tak- pamięta ideę tego zamku, jego wymyślony klimat, emocje, gdy przytuleni opowiadali sobie o tym, kto może w nim mieszkać. I banał szczęścia, które nie da się sformatować do zdjęcia, zasuszyć jak małą trawkę ze wzgórza, którą znalazła po latach w jednej z czytanych w Szkocji książek. Byłam tam szczęśliwa i zawsze, jak przywołuję ten obraz mam uczucie błogostanu. Rozlewa się w wyobraźni, zahaczając o ponure rejony i przez moment napełnia je blaskiem.

Świat bez kontaktu. Messenger, komórka, telefon stacjonarny, wcześniej pager, wkraczały w życie powoli, mościły się na chwilę, a potem znikały bezszelestnie. A wcześniej? Depesza, faks, telegram. Listy, które czekają na swój czas w tej opowieści. Wysyłało się tylko najważniejsze słowa, najpotrzebniejsze i niezbędne, takie, które miały coś znaczyć, albo zatrzymać czas. Powiadomić, wzruszyć. Ludzie selekcjonowali wyrazy i tak jak późniejsza Magda układali je w zdania. Nie zasypywali świata, nie zadręczali innych emotikonami, skrótami, rwanym sensem.  Słowo musiało przebrnąć przez myśl, potem przez dłoń prowadzącą długopis. Przez kartkę włożoną do koperty, przez uszy telegrafistki na poczcie. Nikt nie rzucał słów na wiatr.

A potem przyszedł koniec.

Zakochani myślą, że czas jest ich przyjacielem. Wszystko miesza się ze sobą, dzień mimo nocy trwa cały czas w niezmienności. Ale to kłamstwo, bo wtedy, dodaje Magda skończyły się maliny i dobiegał końca mój pobyt tu, w Szkocji, z Igorem. Musiałam ruszyć jeszcze na południe Anglii, do niby-ciotki, znajomej moich rodzicówNa przystanek odprowadził Igor i Czarek, Polak, który zaprzyjaźnił się z nami podczas tego zwariowanego pobytu.

Jest takie powiedzenie „nie w porę”. Tak właśnie było z autobusem w tym malutkim miasteczku. Podjechał tak szybko, że nie zdążyli się pożegnać, chłopcy wrzucili plecaki do bagażnika, a one poszły do tyłu tego zdezelowanego, starego, szkockiego autokaru. Natychmiast ruszył, więc tylko dobiegła do tyłu, przywarła do szyby i patrzyła na stojącego nieruchomo Igora.

Napisał jej potem, że czuł jak każdy obrót koła wyrywa mu milimetry ciała. A ona nie mogła płakać, ani nic mówić, inaczej krzyczałaby się na cały głos, że się nie zgadza się, że nie chce wracać, chce mieszkać po drugiej stronie jeziora. Wśród traw, na dziko, gdziekolwiek, byle z nim.

Igor oddalał się od niej, albo to ona oddalała się od niego, nie pamięta szczegółów poza tym, że czuła, iż nigdy więcej się nie spotkają. Że drogi, przecięte wspólną prostą, znowu rozsadzi samotność.

 „Wczoraj odjechałaś. Kiedy wróciliśmy do mieszkania, starałem się cały dzień być szczęśliwy, tak jak prosiłaś. W nocy poszedłem gotować z Portugalczykami spaghetti, bo Polacy, z którymi mieszkam nie jedzą makaronów. Zrobiłem spaghetti z cukrem, tak jak ty mnie nauczyłaś

 Banalna historia. Polka ucząca Włocha robienia słodkiego spaghetti, wakacyjna miłość, fruwające feromony, listy. Najdziwniejsze jest w tym wszystkim zakończenie, świadomość, że koniec bywa początkiem lub środkiem opowieści.

Magda przerzucając listy mówi Jeszcze w Anglii Igor dzwonił do mnie i kilka razy rozmawialiśmy. Wróciłam do domu i zaczęła się jesień.

Bardzo szybko zaczęli pisać do siebie. Listy mijały się w drodze, krążyły, unoszone w nieznanych samolotach, nad głowami milionów ludzi. Ale jej świat skurczył się do małej skrzynki pocztowej, w której lądowały słowa Igora. Zbiegała do niej dwa razy dziennie, w nadziei, że listonosz, wrzuci to, na co czekała. Pisał jeden list w tygodniu, regularnie.  Czasem nic nie przychodziło, denerwował się, ale wysyłał kolejny i kolejny. Po pewnym czasie zrozumieli, że listy latają bez ładu, przychodziły z dwu, trzymiesięcznym opóźnieniem, lub nie dochodziły wcale. Nie umiała mu wytłumaczyć, że giną, bo są grube i mają egzotyczny znaczek. Ktoś sprawdzał, czy nie było w nich dolarów.

” Od tego listu numeruj listy tak jak ten 1, 2, 3, 4 żebyśmy wiedzieli, czy któreś nie giną. (…)

Przepraszam, kochana, że w ostatnim liście zwątpiłem w Ciebie. Od Twojego ostatniego zrozumiałem, że nie miałem jednego lub dwóch listów , że one nie dotarły. Mam nadzieję, że przyjdą później, naprawdę bardzo bym żałował, gdybym stracił któryś z nich. (…)

Pytasz, ilu jest chłopców w mojej klasie? Jest nas trzydziestu. Dwunastu, w tym ja, mamy dziewczynę, ale to się zmienia, bo moi przyjaciele nie są stali w uczuciach.” Pisałam do niego te listy łamaną angielszczyzną, szkolną, książkową, ze słownikiem. Bez pomocy Internetu, o którym nikt jeszcze wtedy nie słyszał.-wspomina Magda- Igor pisał pięknie, emocjonalnie, zabawnie, długo, z aluzjami, z opisami.

 Śmieje się z tego, że cywilizowała go, ucząc świata komunizmu. Wtedy, w Polsce wszystko było reglamentowane, a on nie znał takiego kraju jak Polska. Kartki na mięso, jeszcze przez dwa lata rządziły ludźmi. Listy szły jak i kiedy chciały. Cenzura, długie i ciekawskie ucho, instrument totalnego zniewolenia obywateli, zaczynała zdychać, niestety długo i cierpliwie Koperta, którą Mačka trzyma w ręce, datowana jest na końcówkę sierpnia 87. Białystok tamtego czasu można znaleźć w ogromnej jak biurkoWspółczesnej. Fotografia kwadratowego samochodu, któremu dziwi się wydanie gazety z pierwszego września „Oto auto z białostockich ulic- czy to Rolls-Royce czy zabytkowy Cadillac?” Prawda oczywista- ten samochód ze starych części zrobił marzyciel, wychowany na kultowym, PRL-owskim programie „Zrób to sam” Białostocki Jan Słodowy poskładał go w zakładzie rzemieślniczym, dodając silnik mercedesa. Prędkość- zawrotna 110 km/h.

Jest jeszcze jedna informacja, tuz obok przemówienia H. Jabłońskiego w sprawie wybuchu II wojny światowej- to stały cykl gazety „Śladem krytyki”. Wojewódzki Urząd Poczty informuje, że w odpowiedzi na notatkę z 13.08.1987 przeprowadzono postępowanie i żadna z telefonistek z Czarnej Białostockiej nie przyznała się do przekazania Gazecie poufnych informacji.

Dlaczego płaczę? Magda spogląda w okno, za którym jest nowy, od dwudziestu pięciu lat normalny świat. Spośród wszystkich słów, jakie znam, jest tylko kilka, które naprawdę mnie wzruszają. Mama, miłość, syn. I Igor. Czule się im przyglądam i wiem, że nie ma nic ważniejszego.

Właśnie je porządkuje podczas tej opowieści, układa przed sobą, obwąchuje jak zwierzę. Staje się prawdziwym kotkiem, z którym tworzy w tej sprawie wspólnotę. Strach, złość, smutek, zadowolenie- reaguje na nie jak cały świat natury. Kiedy przegląda te listy staje się tamtą dziewczyną, unieruchomioną w oknie na czwartym piętrze mieszkania, z którego i teraz rozciąga się widok na zniszczoną doszczętnie Bażantarkę Tak, jakby po latach włączył jej się receptor, ukryty pod skórą, reagujący na Igora. Szukała go wszędzie- był we włoskich gazetach, którą czytała w Empiku, był w zapachu espresso, czasem w sylwetce wysokiego mężczyzny mijanego na przystanku. Szczególnie często chodziłam na Sienkiewicza, tam w Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki zanurzałam się w nieznane słowa, wyławiając informacje o podpisaniu kontraktu polsko-włoskiego na budowę następcy „malucha”, popularnego Fiata 126 p. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie  słowo Turyn, szybko sprawdziłam na mapie, że mieszka tam Igor. Mój chłopak.

„Empik zaprasza na naukę języków, kursy trzyletnie, a do opanowania język rosyjski i esperanto”- nadchodził przełom, zrównanie socjalizmu z kapitalizmem, a później ostateczne zwycięstwo tego drugiego. Ale w czasach Mački Empik słynął z pysznej kawy, której zapach unosił się już w wejściu, od strony Rynku Kościuszki. Najpierw była szatnia, fotele i zawieszone gazety. Ogromne płachty „Trybuny Ludu” i „Prawdy”. Czytelnia była jednak zazwyczaj pusta, odgrodzona pluszowymi zasłonami, malutka. A dalej, w otoczeniu rozgardiaszu, popiołu spalonych papierosów, gwaru i śmiechu, mościła się kawiarnia, pełna pań w nowych futerkach, wychodzących z targu (z żywym kogutem, którego zostawiało się w szatni, u pana Janeczka) studentów, dziennikarzy. Można było spotkać Henryka Wilka, rysującego stary Białystok, ale najczęściej pana Bazylego Litwińczuka, szefa kawiarni, witającego z galanterią wchodzących, Zawsze w niedzielę słuchał głośno „Moskwy z melodią”, a wraz z nim i cała sala, nikt nie śmiał poprosić o przyciszenie radia. Smak kawy Magda pamięta do dziś. Czy dlatego, że parzył ją włoski ekspres? Możliwe Przybliżał ją do Igora, układał się w zapamiętanych przez receptory smakach. Działał.

Bardzo chcieliśmy się spotkać- mówi. Właściwie te listy to historia czekania na kolejne spotkanie. Była we mnie taka determinacja i wiara, że to się uda, na pewno. Ale trwał i ciągnął się w nieskończoność szary zmierzch dawnego ustroju. Dopiero dwa lata później rzeczywistość stała się trójwymiarowa, prostsza. Nasza miłość, wymieniana na cotygodniowe listy trwała w najlepsze, ale pokonał nas system. Nie można było ani wyjechać, ani przyjechać.

Komunikowali się ze sobą sporadycznie, bo tylko nieliczni mieli stacjonarne telefony. Dużo wcześniej trzeba się było umówić na rozmowę, a potem w nieskończoność czekać u sąsiadów, koleżanki czy na poczcie. „Międzynarodowa, łączę”- wołała głośno telefonistka, a w słuchawce jej głos nie znikał, wyczuwało się jego obecność, oddech, bezceremonialność, gdy wtrącał „Mówi się?”. Magda nigdy nie polubiła telefonów. Nawet teraz, gdy na najnowszym modelu smartfona odbiera połączenie, mówi szybko, pospiesznie. Krótko.

Spotkanie było praktycznie niemożliwe. Paszport do niczego nie uprawniał, trzeba było mieć jeszcze zaproszenie. I bilet. I pieniądze, przeliczane na każdy dzień pobytu za granicą. To był czas, kiedy autobusy z nielicznych zachodnich wycieczek wracały puste.

Pamiętam, jak całą noc stałam w kolejce w Orbisie, przy obecnej Piłsudskiego, dawnej 1 Maja. Warowałam tak do piątej czy szóstej rano, żeby kupić bilet do babci Igora, do Chorwacji, mieszkała obok Rijeki. I okazało się, że nie ma. Więc prosiła tę kasjerkę, żeby sprzedała bilet gdziekolwiek. Do Pragi, Paryża, Wiednia, błagam panią, płakała, błagam. Ja stamtąd dojadę do Chorwacji, poradzę sobie. Nie ma biletów, sprzedane, proszę spróbować raz jeszcze.

Bilety były towarem deficytowym. Spod lady, to wyrażenie zdominowało rynek na długie lata. Spod lady były książki, szynka, buty. Wymieniane na inne towary, także zdobyte w ten sposób. Kiedy później rozmawiałam o tym z Igorem, jak zawsze korzystając telefonicznej  gościnności koleżanki, nie mógł zrozumieć. Jak to nie ma biletów? krzyczał Dlaczego przestałaś mnie kochać?

Mieli przeciwko sobie wszystko- socjalizm i niechęć rodziców. W planach były studia na medycynie, ale moi rodzice nie bali się tak bardzo jak mama Igora. Denerwowała się, że jej syn nie robi, tylko patrzy na powieszone na ścianie zdjęcie jakiejś Polski i ciągle pisze listy.

Wiem, że Igor, żeby tu przyjechać, musiał mieć wizę. Jeździł do konsulatu do Mediolanu, ale miał tylko dziewiętnaście lat.  Musiał wydawać się zabawny z tym nierozsądnym żebraniem o możliwość wjazdu do Polski, tłumaczeniem, że nazbiera pieniędzy na każdy dzień pobytu, tylko prosi o szansę.

   Pisaliśmy do siebie pięć lat. Pierwszy list jest z 1987, ostatnia pocztówka z sierpnia 1993, ze Stanów. Igor informował, że spełniło się jedno z dwóch marzeń- uczy się pilotowania i robi licencję w Teksasie. Zdał wszystkie egzaminy praktyczne, a teraz wylatywał godziny i czekał na licencję. „To moja pierwsza pocztówka ze Stanów Zjednoczonych”- napisał po jakimś czasie. Ale ona już mu nie odpisała, schowała ją do koperty z listami

 Jakiś czas wcześniej przyszedł list… Pisał w nim, że jest zakochany, dziewczyna ma na imię Conchetta, jest szczęśliwy i nigdy nie traktował naszej znajomości poważnie.

Nawet gdy teraz przegląda to pudełko wypełnione kolorowymi kopertami, uważa, żeby nie trafić na tamtą . Poczuła się wtedy, jak w swoim dawnym śnie o końcu świata: umierała powoli, cierpliwie czekając na swoją kolej

„Nic nie zrozumiałaś, kotku”

Nic nie rozumiała, nawet wtedy, kiedy natknęła się na włoską komedię, „Zakochane święta”. To były trzy historyjki osadzone w świątecznej scenerii. Jedną z bohaterek była pulchna i egzaltowana Concetta z południa Włoch. Kochliwe uosobienie tego, co najgorsze w kobiecie, a jak się później dowiedziała, także włoski symbol, metafora.

To była pierwsza rzecz, jaką mi wyjaśnił po latach: gdybyś była Włoszką, wiedziałabyś od razu: to było kłamstwo. Przepraszał ją już tyle razy, Magda pokazuje wiadomości w komórce od Igora- są długie jak listy sprzed lat. Conchetta to jest imię głupiej dziewczyny z Sycylii i Włosi wiedzą, że nikt tak się nie nazywa. Po prostu, Igor zrozumiał, że nadszedł czas.

Mačka stała się dla niego hologramem, nierealną i odległą projekcją, narzuconą na płytę pamięci wiązką wspomnień, oświetlanych światłem spójnym. Był młodym chłopakiem, który od pięciu lat miał wirtualną dziewczynę, bez nadziei na ułożenie sobie życia. Widział ją tylko raz, przez cztery tygodnie. Kochał hologram.  „Musiałem się od Ciebie uwolnić, ten psychiczny sznur nie dawał mi szansy na rozpoczęcie normalnego życia. Musiałem Cię zabić, wybacz mi, mały koci znajdo, który włóczył się po mojej głowie przez te wszystkie lata. Chciałem, żebyś przestała do mnie pisać. I przestałaś”

Gdyby ożywić wszystkie zdjęcia z Gazety Współczesnej, powstałby dokładnie taki sam, alternatywny świat.

Radzieccy kombajniści pomagają w żniwach w PGR Krynki, Gródek, Łużany. Za nimi białoruscy kombajniści, z zadowoleniem, zbierają pieniądze na konto powstającego w Łodzi Szpitala Matki Polki. Tak ożywa pierwsza strona gazety, tylko dwa zdjęcia są wśród osiemnastu innych tematów. Wśród nich, to drugie, to pożegnanie lata, z podpisem pod zdjęciem Kremla widzianego z brzegów rzeki Moskwy: „Jeszcze miesiąc i na takie przejażdżki statkiem- będzie już za późno”

Związek Radziecki, kombajn, przyjaźń braterska- a wszystko skąpane w zapomnianym, nieprawdziwym czasie roku 1987.  Po liście z Conchettą stałam się żoną. Ślub był w czerwcu, a potem wyjechaliśmy na krótkie, studenckie wakacje.

Kilka tygodni później w mieszkaniu przy Upalnej zadzwonił telefon. Jakiś męski głos pytał o Magdę, po angielsku, z zakłopotaniem. Rodzice przestraszyli się, że rzucę wszystko i z nim pojadę, a przecież byłam świeżo upieczoną mężatką w podróży poślubnej. Nic jej nie powiedzieli, więc Igor zasnął na dnie pamięci. Nigdy więcej nie próbował się odzywać.

 

Te listy podróżowały ze mną przez całe życie– mówi Magda. Mieszkały z nią najpierw w domu rodzinnym, potem małżeńskim, na końcu znalazły miejsce pod jednoosobowym łóżkiem w pokoju obok. Dopiero, kiedy zdarzył się prawdziwy koniec świata, wyciągnęła je i raz jeszcze przeczytała. „ Mój kochany krasnoludku do tej pory nie spędziłem, ani jednej godziny nie myśląc o tobie. Jesteś zawsze w moich myślach, w tym, co mówię. Myślę o tobie wszędzie: w autobusie, w szkole, w domu, gdy się uczę, kiedy jem, idę spać. W moim sercu nie ma miejsca dla nikogo innego. Wygląda na to, że mi otworzyłaś mi serce i wystarczy go tylko dla jednej osoby”.

Prawdziwy koniec dopadł mnie w Grecji.

Taras obrośnięty był bugenwillą, przed Magdą stał kosz pomarańczy. Piła wino, gdy ze śmiechem, wraz z przyjaciółką, zakładały jej facebooka. Pomożesz mi kogoś odszukać? -zapytała po chwili. Niewiele się zmienił, wysokie czoło, ciemne włosy, śniady, wysportowany, męski. Odezwał się natychmiast. Wraz z nim, w sieci pojawiła się dwójka małych dzieci i żona, na setkach zdjęć i filmów wrzuconych w żarłoczną, nienasyconą przestrzeń Internetu . Najpierw długo przepraszał mnie za Conchettę. Potem pisał o swoim życiu i pasjach: lotach nad afrykańskim buszem i nurkowaniu na bezdechu. Pytał o nią, Magdę i Mačkę, czuła jak dotyka słów, prawie je głaszcząc. Wyobrażała sobie wodę, ciśnienie, głębię. To, jak z nabranym powietrzem Igor schodzi w toń. Serce zaczyna uderzać mu wolniej, pracują tylko te organy, które muszą- mózg, serce, wątroba, płuca.

Wyobrażała go sobie, jak wynurza się z wody i stosuje „surface protocol„- zdejmuje maskę i daje sygnał, układając palce w kółeczko „I’m ok.”. Widziała jego szeroki uśmiech, radość i dobrze znaną zmarszczkę, gdy mrużył oczy. A potem dowiedziałam się, że lot samolotem nad dzikim buszem, nurkowanie na głębinach, pływanie na desce, motorówce i inne ekstremalne sporty, które uprawiał były szukaniem wrażeń podobnych do tych, kiedy czekał na moje listy. Pisał, że wyliczał sobie hipotetyczny czas, kiedy mógł przyjść listonosz, obracał kopertę, wąchał ją, otwierał, zaczynał czytać, przerywał, wracał. Nigdy i nigdzie nie odnalazł podobnego uczucia, ratował się paliatywami. Tęsknił

„Godzina 1..16 w nocy . Jest dwudziesty trzeci sierpnia. Wczoraj o 11.45 złamałaś moje serce swoim listem. Właśnie prałem ubrania w łazience, rzuciłem je i pobiegłem po twój list. Nie wiem, ile czasu upłynęło mi na czytaniu, ale wróciłem dokończyć pranie -po północy”

Żal? Magda długo obraca słowo w ustach. Do czasu, w którym się urodziłam? Trudnych lat przed przełomem, który odmienił życie wszystkich?

 Do losu, że zatrzymał mnie w Polsce? Był. Przez chwilę, zwłaszcza, że obszedł się ze nią okrutnie, została podwójnie sama. Ale znacznie ważniejszy okazał się smutek, urwany, bezsensowny. Świadomośc zawieszonego końca świata, nieopłakanego i pożegnanego. Teraz może wreszcie pozwolić znieruchomieć głowie, zastygnąć, wyłączyć się

Chociaż?

Może to dopiero koniec początku?

Albo środek historii?

Lub przedsmak końca ? Gazeta Współczesna z szóstego sierpnia 2015 roku na pierwszej stronie publikuje informację o ukradzionych pieniądzach z Domu Pomocy Społecznej. Zresztą, natychmiast wypiera ją tragiczny news z wypadku, w którym między Michałowem a Gródkiem giną cztery młode osoby. Papierowa płachta skurczyła się do jednej czwartej, ale i tak niewiele osób po nią sięga, wszystko jest w internetowym wydaniu gazety, na e-stronie. Można przybliżyć sobie zdjęcia kompletnie rozbitego samochodu i znaleźć szczegół, but na przykład. Jest na trzeciej fotografii, wyświetlanej jak slajdy z wakacji. Obok kompletnie odarte z kory drzewo, całe w czerwieni.

W rzeczywistości świat rozgrzany jest od upałów, wylany asfalt przyciąga słońce, nieliczne pozostawione w centrum drzewa dają mizerny cień. Świat ma wielkość jabłka, ale tylko to nadgryzione jest obiektem pożądania. Ludzi łączy identyczne w każdym zakątku świata- jedzenie, pragnienie i nienawiść. Podróże stały się karłem wypraw. Jest wolność, kontrolowana, a na niebie obok księżyca i gwiazd usadowił się satelita.

Są też listy. Magda chowa je w telefonie, pod ręką. „Czekałem na Ciebie bardzo długo, mały chorwacki kotku, a Ciebie nie było. A kiedy wyłożyłem sobie ściany domu zdjęciami swoich synów zjawiasz się, wnosząc w moje serce radość i strach. Co mam Ci powiedzieć? Rozgość się, przykucnij na chwilę? Jesteś najcieplejszym miejscem mego serca, mój hologramie”

Termin końca świata znowu może ulec zmianie.